Dear Chronos,

we the undersigned
kindly request
an adjournment of tomorrow
until yesterday.

Drogi Chronosie,

my niżej podpisani
zwracamy się z uprzejmą prośbą
o przeniesienie jutra
na wczoraj.

Empty cinema

He usually remembered his dreams. Not this time, though. He felt as if he had slept for many, many days, and yet, he couldn’t remember a single thing his subconsciousness had produced over that time. Strange.

Oh, wait! There was this thing... People were chasing him around the village with pitchforks, they were angry, he was running away, but he couldn’t run, classic dream problems!, they caught him, everything went even more blurry... Nah, whatever, just another dream.

This ceiling looks strange, doesn’t it?, he realised. Where the fuck am I?

Continue reading…
multicolored planet fluid painting

‘All stand for Their Majesty, Ruler of the Seven Continents, Sovereign of the Three Moons, Protector of Freedom, Emperor Kĥalɨd, the fourth of this name!’

Fanfares resounded and all hundred forty-four Senators (what an unusual attendance!) rose from their seats as the Emperor entered the Senate Plenary Hall, followed by a dozen generals. Well, “crawled into” might have been a better word to describe it, but since that was the ordinary for their species, I guess just “entered” is fine. The point is, even though for humans it might have looked sluggish and repulsive, for mendrɨans the whole scene looked ultimately royal and dignified as fuck. The Sovereign Senate doesn’t invite the Emperor that often. Whatever is happening, is gonna be huge.

‘My dear Senators’, started the Emperor after reaching the podium, ‘this war is unwinnable’. There was a loud gasp. Even though they knew that the immense power of their Empire is nothing compared to what the invaders from Earth can unleash, they were still holding on to their hope. Does it mean there’s officially no hope anymore?

Kĥalɨd continued: ‘but if we don’t win it, our entire species will perish, our Beloved Planet and its Three Moons will be destroyed to pieces. So we cannot lose it. It’s unwinnable, but we have to win it.’

Their voice started shaking. ‘What the fuck do we do?’, they cried.

Continue reading…

... i żebym potrafił kochać jak Małgorzata Mistrza. Amen.

nie możesz zanieiść
gdy ona cię prowadzi

pasożytka
robi z nami co chce

bo byle bystrzaka wciąż zamęcza bez ustanku
tym swoim ciągłym odwiecznym “a dlaczemu?”
by go potem za trud nagrodzić
sowitą satysfakcją
uzależniającą

dręczyła Darwina, męczyła Einsteina
ciągała Teslę po książkach
a dzieci – dzieci molestowała co do jednego

ale musisz jej przyznać
że zdolna z niej bestia
że co nieco dała radę osiągnąć
rozgryźć atom, ogarnąć czarną dziurę
okiełznać ogień, wykuć smartfona
w sumie jakby nie patrzeć
stoi cieniem za każdym odkryciem w dziejach

i niestrudzenie
kagankiem wiedzy
oświeca
kaganiec wiary

aby związek wiązał
nie więził

schönstes gedicht der welt
braucht kaum zwei wörter

beide ganz unwesentlich

the poem most beautiful
needs merely two words

both totally irrelevant

najpiękniejszy wiersz świata
składa się raptem z dwóch słów

i to zupełnie nieistotnych

Powiedzieć, że premier był “zdenerwowany” albo “rozdrażniony”, byłoby szczytem eufemizmu. A przynajmniej jeśli brać pod uwagę, że słynął w świecie jako człowiek wybitnie spokojny, wręcz niewzruszony jak głaz. Dziś jednak kipiał złością.

Continue reading…

Na początku był Bóg. Znaczy nie do końca “na początku”, bo jeszcze czasu nie było. Przestrzeni zresztą też. Bóg był poza tym wszystkim...

Wprawdzie był nieskończoną miłością, lecz smutno mu było strasznie, że nie ma kogo kochać. Ale spokojnie, spokojnie. Jako że równy był z niego gość, to wspaniałomyślnie postanowił, że stworzy całą masę istot tylko po to, by móc je obdarzać miłością! Po to, by całą wieczność mogły taplać się z nim w niewyobrażalnym szczęściu i błogości. A nie mówiłem, że spoko koleś?

Continue reading…
Stosłowia - opowiadania na sto słów

Ponuro, blokowo, blokersko. Te szare, trzynastopiętrowe straszydła chyba tylko dlatego jeszcze stoją, że nie wiedzą jak upaść. Te szklane szyby w oknach jakby wcale ze szkła nie były. Te męki wyższego rzędu tragicznie przeżywane przez całą okolicę aż bolą po oczach. A jednak da się rozpromienić. A jednak świerszczą nam wierszcze wśród zielonych łąk międzyblokowych. A jednak tak radośnie uwspólniamy myśli – jak elektrony. A jednak wystarczy Szymborska, promień słońca i Twoja dłoń...

Źródło: Stosłowia
Stosłowia - opowiadania na sto słów

Niekompetencja była jego mocną stroną – słynął z niej w całej szkole. Zadanie wymagające tygodnia pracy zadawał uczniom na czterdziestopięciominutową lekcję, choć sam nawet w miesiąc nie potrafił go wykonać. Uczniowie prześcigali się w tym, który z nich lepiej od niego zna się na jego własnym przedmiocie. Paradoksalnie osiągali więc dzięki tej jego niekompetencji lepsze wyniki niż z innych przedmiotów. Dyrekcja po prostu musiała przyznać mu premię!

Źródło: Stosłowia
Stosłowia - opowiadania na sto słów

Jego tyłek znam na pamięć – tyle razy pieściłem go myślami.... Ech, szkoda, że nasz związek jest taki asymptotyczny – zbliżamy się i zbliżamy bez nadziei na dotknięcie. Mam wprawdzie swoich pocieszaczy w tym nieszczęściu, lecz z nimi, dla odmiany, jest tak nieznośnie adiabatycznie – zupełnie bez wymiany ciepła... To on mi się śni po nocach, to on ciągle stoi mi przed oczami. No i chuj w niego.

Źródło: Stosłowia

Z początku myślałem, że ktoś sobie jaja robi. Jakiś dzieciak nasłuchał się za dużo o konklawe i wydzwania po ludziach robiąc im głupie żarty. Idiotyczne wręcz. No sorry, kto normalny uwierzyłby, że tak z dnia na dzień został papieżem?

Continue reading…

W skrawku czasoprzestrzeni wybitnie od nas odległym była sobie planeta Onva. Była? Jest? Będzie? No, dajmy na to, że jest. Czas i tak nie gra tu większej roli.

Continue reading…

W obozie Kokpitów zagrzmiał głos rogu. Jakob zerwał się na równe nogi jak rażony piorunem. Istotnie, piorun walnął, lecz było to poprzedniego wieczoru i kilkaset metrów dalej – grom wziął na muszkę budynek, w którym Wódz nakazał zamknąć zapasy wódki na całą krucjatę. Słusznie zresztą, bo wszystko by w kilka godzin zeszło, jakby się wojsku pozwoliło pić do woli. Nie wiedzieć czemu, wokół tego budynku było akurat pełno ludzi, i wszyscy naraz, kierowani zapewne instynktem wódkoochronnym, rzucili się do gaszenia pożaru. Ich heroizm, o dziwo niespotykany zbyt często na polu bitwy, sprawił cud – ogień nie zdążył nawet musnąć kadzi z wódką.

Continue reading…
Stosłowia - opowiadania na sto słów

Jako nastolatek byłem wieczną rozkminą. W sumie nic dziwnego – niemal wszystko co pierwsze i ważniejsze w moim życiu działo się właśnie wtedy. Nie było więc dnia bez dogłębnego zanurzenia się w samym sobie, nie było wieczoru bez odkrywczej rozmowy z wanną. Przeglądałem siebie od początku do głębii – i głęboko pojebane myśli mi z tego wychodziły. To było straszne. Na szczęście rozkmina wklepana w klawiaturę jest oswojona, nie wiem jak inaczej bym ten mętlik przetrwał. Myślenie męczy myśliciela i komplikuje mu rzeczywistość. Więc w sumie nic dziwnego, że ludzie tak niechętnie to robią...

Źródło: Stosłowia
Stosłowia - opowiadania na sto słów

Jagoda może i nie była idealna. Zdarzyło jej się czasem przeklnąć, ze swoim facetem żyła na kocią łapę, a do kościoła nie zaglądała ani chętnie, ani często. Ale przynajmniej gdy nakryła jedną wychowawczynię z przedszkola, w którym jest dyrektorką, na dobieraniu się do wychowanka, ani chwili się nie wahała – wyrzuciła ją na zbity pysk i natychmiast powiadomiła policję. W sumie... Bycie świętszą od papieża to jednak wcale nie tak wysoko postawiona poprzeczka...

Źródło: Stosłowia
Stosłowia - opowiadania na sto słów

Wiesiek zawsze wstawał skoro świt – dlatego zimą się nie wysypiał. Panicznie bał się myśleć o niedzieli. Nigdy w życiu nie był u lekarza – przecież zdrowiej chodzić na kabarety. Jak się śpieszył, to tylko powoli. Jak czegoś szukał, to nie przestawał, póki nie znalazł. Z wiekiem coraz bardziej głupiał, biedaczyna. Gdy adoptował kota, trzymał go ciągle za płotem (ale tylko pierwszego). Słowem – trochę z niego dziwaczny, lecz w sumie porządny obywatel. Ale czy na pewno? No właśnie okazuje się że nie. Wsadzili go do pierdla za kradzieże. W końcu wszystko brał dosłownie...

Źródło: Stosłowia
Stosłowia - opowiadania na sto słów

Zapach zdeszczowiałych ubrań roznosił się po mieszkaniu. Salon był pełen jednorazowych ludzi. Wymiękli. Zużyli się. W najbliższym pobilżu nie było nikogo. Niktość ogarniała zewnątrz. No, może jakiś jeden czołg się czołgał po horyzoncie, i to tyle. W środku było już bezpiecznie, lecz nikogo to nie obchodziło. Stracili bliskich, stracili majątki, stracili wiarę, stracili nadzieję. W strzępkach lustra oglądali resztki siebie. Tak, siebie też już powoli tracą... Wstydzą się, że są ludźmi. Chociaż, czy jeszcze są? Po tym, co zrobili, i co im zrobiono, może lepiej nie być? Tak w ogóle nie być...

Źródło: Stosłowia
Stosłowia - opowiadania na sto słów

Profesor Hamwitch spędził długie lata na uniwersytecie, prowadząc intensywne badania nad naturą ludzkiej natury... Chadzał po korytarzach w tę i we w tę, rozmyślał, pisał, skreślał, poprawiał. Dogłębnie poznał drogą dedukcji, wszystko, co było do poznania. Streścił w paru krótkich teoretycznych tezach wszystkość wszystkiego. Kipiał dumą. Jednak prawdziwej pewności, co do prawdziwości swych tez Profesor nabrał dopiero wtedy, gdy wreszcie wyszedł na świat i sprawdził je wszystkie empirycznie. Och tak, teraz mógł być pewny swej teorii – wyjątki potwierdzały ją na każdym kroku.

Źródło: Stosłowia
Stosłowia - opowiadania na sto słów

W binarnym wszechświecie nie ma światłocienia. Wszystko jest albo niebiańsko złe, albo obrzydliwie dobre. Ludzie albo boleśnie wysocy, albo śmiesznie niscy. Albo mówią całą prawdę i tylko prawdę, albo łżą tak, że tylko skończony idiota im uwierzy. Problem tylko w tym, że połowa z nich to tacy idioci (a druga to geniusze). W świecie tym urodził się Nemo – przeciętniak tak bardzo przeciętny, że z automatu stał się największą (bo jedyną) mniejszością. Swą nijakość przypłacił niestety życiem... Miłujący miłosierdzie tłum fanatyków religijnych, którym nikt nie wierzy tylko oni sami, pokojowo podpalił piedestał, na który radośnie wyniosło przeciętniaka agresywne lewactwo.

Źródło: Stosłowia
Stosłowia - opowiadania na sto słów

Wena jest piękną, cudowną kobietą. Przy niej myśli płyną tak oczywistym, wartkim prądem, ach! Szkoda tylko, że sama czasem w ten prąd wpada i odpływa w siną dal, trzeba jej wtedy szukać, gonić, nawoływać... Ostatnio, jak mi taki numer odwaliła, byliśmy w samym środku projektu. Rzuciła pomysłem, napaliła na jego realizację, a potem znienacka zapadła się pod ziemię, gdy ja już siedziałem przed komputerem w samych skarpetkach. Jak się potem okazało, ani wartki nurt, ani podziemne podziemia nie były przypadkiem. Zdradzała mnie raz z Posejdonem, raz z Hadesem. Suka...

Źródło: Stosłowia

Nastał czas, że do Domu Ojca Niebieskiego weszło trzech wielkich świętych: Augustyn z Hippony, Aleksy Boży i Franciszek z Asyżu. Jak na człeków pobożnych i uczonych przystało, długo o życiu dzieci bożych rozprawiali.

Continue reading…

Żeby zrobić sos pomidorowy, wystarczy zdekoncentrować koncentrat.
Ale żeby zdekoncentrować mnie, wystarczy nie robić nic.

Ciągle trzeba myśleć, głowić, robić, a tu
Goły gołąb zamiast mózgu

Lecz jak już nie trzeba myśleć, głowić, robić, to
samo się chce myśleć, głowić, robić...

Więc zamiast przerwy jest odmiana.
Bardziej katar niż katharsis.

Fuj.

kobieta – jakże by inaczej
któż inny by się podjął
tak niewdzięcznej roboty

czarnej roboty
jak krew napełniająca
ranę tych, co pozostali

lecz jakże zgrabnie
rozdziela dwa światy
ciała i ducha

dar zsyła z niebios
wysyła do niebios
uwalnia z klatki
jedyna na świecie
co nas zrównuje

ja, wśród nielicznych
krzyczę radośnie:
viva la muerte!

Step jest wielki jak ocean.
Adaś słucha Litwy.
Nic nie słyszy.
(Może dlatego że to daleko?)

Jest morze, statek, burza.
Statek tonie.
Ludzie mdleją, żegnają, modlą.
Adaś nie mdleje, nie żegna, nie modli.

– Ale tu jest zajebiście!
– E tam, zwykła góra...

Jest miasto.
Jest zniszczone.

Choćby tu było najzajebiściej,
to i tak Litwa jest zajebiściejsza.
Bo tam jest Ona. I bo to Ojczyzna.

– Nie patrz w dół!
– Och jejku, spojrzałem...

Jest skała, są fale.
Horacy miał rację.

To taki dobry chłopiec był!
Problemów nie robił
A i w szkole prymus
Rodzice musieli być dumni!

To taki dobry chłopiec był!
Och tak, ponoć mało pił...
A palić – nie palił wcale
Dlaczego musiał tak nagle...?

To taki dobry chłopiec był!
Przystojny całkiem...
Ach, te niebieskie oczy...
Dziewczyny po nim zrozpaczone!

To taki dobry chłopiec był!
I do kościoła chodził
I innym pomagał
Jakże mało dziś takich jak on!

To taki dobry chłopiec był!
Kto by mógł pomyśleć
Że on tak młodo
Odda ducha...

Na pożarcie szatanowi.
Że tak z dnia na dzień
Pedałem zostanie, tfu...
A taki dobry chłopiec był!

Dali mu do pokochania Szymborską,
(odkochując niemyślnie!)
kazali móc
dać radę

A ten siedzi w sąsiedztwie tego, co powinien
w centrum jednak mając, co bluźniercze
nagminnie bawi się w poetę
bezczelnie bazgrze epopeję
o radzie nadzorczej życia

Usilnie zerka, czy aby elektroniczni przyjaciele
zachcieli obdarzyć
desperata atencyją
i tęskni
do próśb o radę

Leży
Nie dawszy rady, umiera

na świecie jest sześć miliardów światów
a w centrum każdego jest jakieś ego
coś w tym złego? dziwnego?

to najmojsze ego kocha właśnie jego
tak przynajmniej ośmiela się twierdzić
czyż nie przesadza?

czyż oddałbym cośkolwiek ponad trochę
dla szczypty jego szczęścia?

poświęcę może? siebie? czy jego?
cóż większe? moja mojość? jego jegość?
moja jegość? jego mojość?

ja nie wiem i nie wiem

on stary, daleki, zajęty

i kochany
i duchem mój

więc trzymam się tego
jak zbawiennej poręczy

uparcie odmawia przyjęcia płynów wszelakich
uparcie odmawia przyjęcia płynów hamulcowych
uparcie odmawia przyjęcia weselnego
uparcie odmawia różaniec
uparcie uparł się
uparcie ma parcie
na szkło

chwycony w zachwycie
marketingowym
śpi smacznie
śmi spać nie
chłyta chłystka

a imię jego będzie
cezary cezary
czarek
czaruś
czarujący
czarodziej
rozczarowany

Nie widziałem Cię ze dwa miesiące.
I co? Jestem trochę bledszy? Bardziej śpiący?
Tak... Przeżyłem wieczność bez powietrza...

Biegniesz w podskokach. Głos Ci się łamie.
A ja nie biegnę, bo mi radość zakręciła w głowie.
Wybitnie rozproszony chłonę Twą obecność.

Już nigdy więcej.
Nie wytrzymam kolejnej wieczności.
Teraz, gdy na nowo się w Tobie zakochałem.

Chcę każdą chwilę przeżyć z Tobą.
Chcę robić z Tobą takie rzeczy,
Że tutaj nie wypada nawet o nich myśleć.

Eksploduję z tęsknoty.
Teraz, gdy na nowo się w Tobie zakochałem.

O, jakże pragnę
zamknąć się w bańce nieskończonej muzyki
i pokazać całemu światu że mam go głęboko
w odmętach odbytu.
Nie pragnę wiele.

O, jakże pragnę
symbiozy całkowitej
by On we mnie, ja w Nim
by On tylko dla mnie, ja tylko dla Niego
by zawsze razem
by jak jedno ciało
i jak jedna dusza
by tylko On
On jeden
sam jeden
jeden tylko!
Nie pragnę wiele.

Szumiący orgazm dla uszu
Dobija się
Brzęczy
Brzmi
Mi
Co w samym centrum lata
Wylegiwuję
Wsłuchuję
Chuje
Je
I nie ma zbyt bardzo
Wygładzam
Gładzę
Zaiste
Te

Byłeś
chrapliwym pocałunkiem trędowatej
kochanki hadesa, gnijącym mięsem
brutalnie wyrwanym z kontekstu ciała

Cuchnąłeś
dymem zakrytym niechlujnie
tanim litrem stęchłych perfum

Rozłożyłeś
nas i siebie po obrzeżach łajna
wyprowadziwszy nas na żydowce

Zabiłeś
teraz patrzysz tępym narządem wzroku
wybitnie zajęty robieniem niczego

Być niezrozumianym – oto jego los.
Los? Czy cel? Cel życia?
Być niezrozumianym – to być nieszczęśliwym.
To źle? Czy dobrze?
Być nieszczęśliwym – to powód, by się zabić.
Stracić sens? Czy go zyskać?
Odnaleźć szczęście swe w nieszczęściu.
Szukać bezsensu w sensie.
Jak Człowiek Bez Imienia.
Wikłać się w sen błędny.

Żyjemy wbrew prawu
Wbrew wszelkim regułom prawdopodobieństwa
Wszyscy
Od ameby
Przez karakala
Po baobab

Choć tyle stoi nam na przeszkodzie
(Na czele z pozostałymi nielegalnymi)
To my upacie dajemy radę

Ach, jakie to piękne!

Głęboko wierzę w życie dozgonne
I chwała za to dowodom empirycznym

Głęboko wiem, że bez śmierci nie ma życia
I chwała za to Darwinowi

Bo gdyby nie śmierć, byłbym dziś co
Najwyżej nieśmiertelną protobakterią

Głęboko gardzę infantylnym strachem
Przed końcem niestrasznym i nieuniknionym

Bo wszystko co martwe, kiedyś żyło
A wszystko co żywe, kiedyś umrze

Głęboko zacieszam że nas ona czeka
Stęskniony równości, wolności i spokoju

A na strach nie ma czasu
Bo czasu nie ma

Czynię z życia cierpliwe umieranie
Żyję, a więc muszę minąć
Minę, a więc to jest piękne

Na podstawie powieści Henryka Sienkiewicza “Krzyżacy”. Styl i wersja wydarzeń wg kartkówek uczniów gimnazjum. Ortografia poprawiona.

Continue reading…

taka zabawa słowami, aby znaczyły więcej niż znaczą

Raptem jedna trzysetna punktu potrójnego wody
Tyle co nic
Jajka by nie zagotowało
Ale mózg tak
Fuck

Nie być.
Nie mieć.
I tam będzie szczęście.

Świadomy praw i obowiązków
Wynikających z oddania ducha
Uroczyście oświadczam
Że nikomu nic nie oddam

i chuj

Przecież nikt nic nie ma
Niczego mu się aż przelewa
Więc po co mu jeszcze więcej?

Nawet siebie nie
Bo przecież mnie nie ma
A nawet jak jestem
To przecież nie swój

Cały tego, którego kocham
Od stóp do głów
Od skóry po duszę

i tyle

mam taki plan:

wybrać się na drugi koniec świata
i rozpętać tam pokój

tak w imię zasad

w imię wolności
rozwolnić ich

rozpałętać pokój
i przy okazji coś sobie na tym
charytatywnie zarobić

a potem muszę tylko pilnować uważnie
by państwo dotknięte pomocą humanitarną
nie dało rady
wyzwolić się spod mej opieki

drzewa gubią gałęzie
chyląc widoku oknom
skarby tracą włosy
głowy gubią czapki
oczom ginie plastik
kartkom znika istnienie
w kałużach szczęśliwości
powiewa wiatr słoneczny
wolności i radości
tam Ona
choć krokiem ociężałym
choć głosem zziębłym
to rozpaczliwie nadchodzi

Wyrzucasz szlamy na powierzchnię
świadomości
Otwierasz oczy na potęgę
niezręczności
Rozdzierasz rany na strzępy
godności
Przesalasz kipiącą zupę
sumienności
Za miesiąc ci podziękuję
i przeproszę
Lecz teraz proszę: wypierdalaj
w Karkonosze

Hej...

To ja z przeszłości...
Jak bardzo przepierdoliłeś najdłużsiejsze wakacje w życiu, co?
Masz wreszcie więzi zamiast związków? Zacząłeś istnieć?
Jesteś szczęśliwy? Bądź, proszę...

Twój były Ja.

raduj się, córo Mikołaja!
ciesz się i wesel, synu Śnieżynki!
niechaj zabrzmią dzwoneczki
głoszące nadejście świętych Świąt!
albowiem Czerwony Krasnal jest blisko,
raz jeszcze powiadam: radujcie się!
jak mówi pismo: nie będziesz odpoczywał
dnia świątecznego, lecz będziesz
Biegał, Skakał, Latał, Pracował
Piekł, Gotował, Sprzątał, Pakował
zaprawdę powiadam wam:
czuwajcie i módlcie się.
módlcie się, aby był Śnieg,
bo czymże są Święta bez Śniegu?
zaprawdę czuwajcie i czekajcie.
nie przegapcie Prezentów!
zaprawdę Grzeczni bądźcie,
bo Prezentów w ogóle nie będzie.
lecz wiedzcie, że łaskę swą okaże
Pan Krasnal tym, którzy Go oglądają
w Reklamach, i w Filmach, i w Sklepach,
i tym, którzy się za niego przebierają.
on to zszedł na ziemię by Kolędy jej przynieść,
zastępem Reniferów otoczony.
Kolędy o Dzwoneczkach, Prezentach,
Śnieżynkach, Lampkach, Choinkach.
drzewkach zielonych, co są zielone,
i się zielenią na zielono. daj jednak biednemu
miejsce puste, by siadł i jadł.
atoli bez krzesła, albowiem i tak
nie przyjdzie

mironczarniom

intensywnie siedząc
knę rado
śnie na matę.
nim wyżżę senszsłów
sen już zmorzy
chaos śnię
męczę się

już dawno nie napisałem żadnego wiersza
może to dlatego, że tyle się w życiu działo
tyle spraw miałem niepowtarzalną okazję
pominąć milczeniem

nie jest mi źle
gorzej
nijak
żadno

co mam mu powiedzieć?
‘porozmawiajmy o nas’?
przecież nie ma ‘nas’
najwyżej ‘ja i on’
nie. ‘on i ja’
albo raczej tylko:
‘nasza znajomość’
nie-e
‘jego znajomość ze mną’
ze śladowymi ilościami mnie

a może zostanę cynikiem?

uznam wszystkich ludzi za samolubnych chujów
wszystkie wartości za kłamstwo
wszystkie uczucia za związki chemiczne w mózgu
wszystkie dobre czyny za czynione tylko z podświadomą nadzieją na rewanż i większy zysk dla siebie
miłość za ułudę służącą usprawiedliwieniu ślepego dążenia do prokreacji tudzież zaspokojenia popędu...

wtedy jedyną logiczną drogą zostanie mi rozpaczliwy hedonizm...
bo pogrąży mnie bezsens, jakiego boję się od zawsze

a gdy dojdę do bezsensu, to więcej ode mnie nie usłyszysz ‘kocham’
najwyżej: ‘jesteś dla mnie na tyle dobrze uformowaną kupą białka, że instynkt pcha mnie do rozmów z tobą, gdyż zaspokajają one moje potrzeby intelektualne, a oglądanie twoich nagich fotek daje mi zaspokojenie popędu seksualnego (który dostałem w komplecie z instynktem, choć niestety w wyniku buga natury jest on bezsensowny, bom zmutowany tak, że lubię chłopców, więc gatunku to tak nie przedłużę), no i wgl opłaca mi się pisać do ciebie, bo mam za free psychoterapeutę, który mnie wyleczy z moich urojonych problemów’

powiem ci to, a potem się rozchleję i rozrucham

i boję się tego
bo chcę cieszyć się życiem, a nie wódą
człowiekiem, a nie jego chujem

Mój Najdroży Mały Książę!

Zaszczęśliwiłem się przez Ciebie, wiesz?

A przecież popsułeś mi światopogląd.
Bo jakże być liberałem, skoro ‘nie czuję się wolny’
to najpiękniejsze wyznanie, jakie w życiu słyszałem?

A przecież popsułeś mi plany na najbliższą przyszłość.
Miałem się puszczać, a się zakochałem.

A przecież mógłbym chcieć i mógłbym mieć co chcę.
Jednak, o dziwo, nic mi nie trzeba prócz Ciebie.
Oj nie, nie czuję się wolny.

Gdy jeszcze miałem Cię zbyt mało, łzy ocierał mi lis.
Kazał oswoić. A teraz zostałem sowicie ukarany.

Narysowałeś mi baranka!

ja mistrz...
wiem, że

lim(PBóg/Pczłowiek) → ∞

oto me mistrzostwo.

Ty Mistrz...
Opętany Wybraniec. Większy od Boga...
Wielkim Okiem przewracasz się w grobie.

Nieśmiertelny. Została postrzępiona książka,
Na dnie. Po wiekach Kurz sprostał Tobie.

Ty Miłość...
Bez Mądrości. Kochasz Władzę, Potęgę.
Kochasz Myśl, nie myśląc.

Proroku w Euforii... Sławisz Pychę.
Ganisz Język, gadając.

Sursum corda!
Ponad rozum...

Wiersz

Dzisiejszy człowiek – Gall Antonim

Analiza

Jest to jednostrofowy wiersz biały, którego jedyny, dziewięciosylabowy, wers składa się z czterech wyrazów, zgrupowanych w dwie pary, oddzielone myślnikiem.

Interpretacja

Mimo skromnych rozmiarów, wiersz niesie bardzo rozbudowane, głębokie przesłanie. Mamy więc do czynienia ze znaczną kompresją treści. Budowa wiersza sugeruje paralelizm, porównanie, czy też – według niektórych poetologów – nawet przypisanie dzisiejszemu człowiekowi nazwiska “Gall Antonim”. Jest to zmodyfi­kowanie pseudonimu nadanego przez potomnych anonimowemu kronikarzowi działającemu na ziemiach polskich – Galowi Anonimowi. Podmiot liryczny wyraża w ten sposób swój żal z powodu obecnego stanu rzeczy – człowiek dzisiaj jest anonimowy, zabiegany, nieznaczący, nie potrafi wybić się z tłumu tak wielu mu podobnych, bezkrytycznie wierzy mediom, chce koniecznie być taki jak inni, płynie z nurtem... Temu wszystkiemu podmiot zdecydowanie się sprzeciwia.
Dodanie do nazwiska litery ‘t’ tworzy słowo “antonim” (wyraz o znaczeniu przeciwnym do danego). Skłania to odbiorcę do refleksji, na temat następującego faktu: człowiek dzisiaj staje się niejako przeciwieństwem człowieka, nie ma w nim ani krzty człowieczeństwa. Jest za to zazdrość, nienawiść, grzech. Takim przejawem braku człowieczeń­stwa jest industrializacja, urbanizacja i pseudorozwój społeczeństwa. Rozważania te prowadzą do smutnego wniosku – człowiek zapomniał, jak być człowiekiem.
Nie bez znaczenia jest fakt, że podmiot liryczny używa słowa “dzisiejszy”, a nie np. “współczesny”. Dzięki temu odbiorca czuje, że wiersz traktuje o bliskiej każde­mu “dzisiejszej codzienności”, a nie o patetycznej “współczesności”. W ten sposób podmiot zwraca również uwagę na zastraszające tempo zmian w nowoczesnym świecie – wszak “współczesność” brzmi jak nazwa epoki, która może przecież trwać nawet i kilka wieków, natomiast “dzisiaj” zmienia się codziennie, każdego dnia oznacza co innego.
Głębsze przesłanie możemy dostrzec również w sposobie zapisu wiersza. Mała litera, rozpoczynająca słowo “człowiek” może według niektórych interpretatorów oznaczać

Kosz upleciony z dubów smalonych,
A w koszu duchów trzy sztuki,
I kilka jagód jak smoła czarnych,
W sreberku schowane lulki.

Nad koszem martwe mary młodości,
Na młodych ich głowach wianki,
Zabici oni strzałą miłości,
Z miłością stanęli w szranki.

Martwi dla świata, żywi dla siebie,
Oto są dziwy na ziemi,
Ich miłość będzie trwała for ever,
Niczego świat już nie zmieni.

I choćby hrabią był ukochany,
Mieszczanką zaś dziewczyna,
Choćby on innej był poślubiony,
przyjdą, gdy przyjdzie godzina.

Tu pod ten jawor, dziś o północy,
Wciąż targani namiętnością,
By pod osłoną hebanowej nocy,
Zachłysnąć się błogością.

W ciemnym pokoju, gdzie ściany z miedzi,
Ja, moim szkiełkiem i okiem,
Młodzieńca, który nad kartką siedzi,
Widzę, i wierzyć nie mogę.

Widzę, jak dymem się zaciągając,
Otwiera oczy swej duszy,
Do dzieła wraca, oczy przecierając,
Poeta od siedmiu katuszy.

nie dam tu rady bez Niego
będę się Go trzymać jak zbawiennej poręczy
choćby nawet zstąpił z nieba i oświadczył,
że nie istnieje,
to Mu nie uwierzę

jest zbyt transcendentny,
by pogadać ze mną po ludzku.
dlatego zesłał mi Ciebie.

utopia jest miejscem, którego nie ma
Ty jesteś utopią, która jest

boję się otworzyć pudełko
choć wkurwia mnie ta superpozycja
choć nie chcę musieć nie wiedzieć
choć dość mam niepewności
że on jest i mój i niemój

sama tylko wiedza by wyrwała kota
z matni niedookreślenia

nie chcę uśmiercić kota
nie chcę stracić czego nie miałem
(chyba że manie nadziei
jednak liczy się jako manie)

albo jest jak myślę że jest
albo jestem ślepcem
kto mi mówi? intuicja?
obserwacja?
desperacja?

otworzę!
mimo strachu
dam!

kot nie chce się dać
wyciągnąć

to znak że się broni z całych sił

czyli znak że żyje...

nie, nie dlatego chciałbym go stworzyć
tak ogólnie, żeby świat miał sens

i jaki Ci sens z tego wyszedł?
że jest, ale ma Cię w dupie...
czy jak?

no daj spokój, toż nie wiem
w przebłyskach wierzę że istnieje i kocha
ale potem się boję, że to taki tylko trik mojej wyobraźni

nie mógłbym tak...
uparcie nie wiedzieć...
i zadowalać się przebłyskami

a co myślisz, że to mnie nie męczy?
doch, doch, męczy

ale co z tym robisz, żeby nie męczyło?

pozwalam sobie wierzyć że istnieje

hmm... to nie za wiele
owszem, całe himalaje wyżej niż zero
ale też całe niebo niżej niż niebo

Dał sobie brutalnie spętać stopy
łańcuchem pocałunków
Bezopornie

Dał sobie bestialsko otulić kostki
sznurem miłości
Bezgwałtownie

Dał się okrutnie pozbawić futra
ostrzem namiętności
Bezwiednie

Dał się ordynarnie wypieścić w dupę
bagnetem rozkoszy
Bezprzytomnie

Dał swym motylkom klatkę żelazną
–––

Człowieku!

tyle różnych rzeczy
może się nam przydarzyć
a ty pysznie
śmiesz twierdzić
że to dla ciebie
są zarezerwowane
te najgorsze

Człowieku!

tyle dobra na świecie
brakuje
a ty tylko stoisz
bezczynnie otoczony
pustym kościołem
przez małe ‘k’

Człowieku!

tyle mózgu
dał ci Bóg
a ty pozwalasz
innym myśleć
w twoim imieniu

Człowieku!

tyle wolności
dostałeś od Boga
a ty pozwalasz jakimś
anakolutom
sobie zabraniać

Człowieku!

tyle w tobie zagadki,
tak że sam siebie nie znasz,
sam sobieś nieogarnion,
sam nie wiesz, co z tobą,
a ty chcesz się dać poznać
bylekomukolwiek

Czemu wszechświat trudzi się istnieniem?

Czyżbyś jednak miał grać z nami w kości?
A może się zagapiłeś i tak przez przypadek
stworzyłeś nas zbyt bystrymi,
więc wciąż nam wszystko komplikujesz,
byśmy nie doszli do końca rozważań?

Czy to przez to się uwzględniłeś?
Zakląłeś się w kwanty?
Co jeszcze nam wymyślisz?

I na co to-to jest takie duże,
skorośmy tacy mali?
Czy to-to to Ty?

Czy jest życie przed śmiercią?
Czemu wszechświat trudzi się istnieniem?

Oto moje 42 pytania na następną wieczność.

Oto ja: człowiek cudzysłów
niechcość, pustość, chudość
i chujnia z patatajnią

Modlitwom za Bobbiego

Eli! – krzyk szeptem
. . .
Przenapięte muskanie blatu
Przebrutalne głaskanie firanki
Nienawistne spojrzenie przezokienne
na ten Twój świat

Eli! – zwiedzanie podblacia
. . .
I drganie podudzia
Ocieranie się łez o śmierć
I wysrywanie glutów
w chusteczkę

Lama? – pytanie przeodwieczne
. . .
Jego przepoczwarzenie
w moją otchłań pragmatyczności
Przeraża – nadprzerażonego
Wyraża – ostrzej niż byle ‘kurwa’

Sabachtani? – czyżby?
. . .
Czyżbyś tak wredny?
Karmiłbyś strachem?
(Skoro: nie samym chlebem?)
Przypoczwarzył mi małą ryskę
na szkle pozorów doskonałości