Na początku był Bóg. Znaczy nie do końca “na początku”, bo jeszcze czasu nie było. Przestrzeni zresztą też. Bóg był poza tym wszystkim...

Wprawdzie był nieskończoną miłością, lecz smutno mu było strasznie, że nie ma kogo kochać. Ale spokojnie, spokojnie. Jako że równy był z niego gość, to wspaniałomyślnie postanowił, że stworzy całą masę istot tylko po to, by móc je obdarzać miłością! Po to, by całą wieczność mogły taplać się z nim w niewyobrażalnym szczęściu i błogości. A nie mówiłem, że spoko koleś?

Na dodatek był totalnie wszechmogący – wystarczy, że rozkaże, a zdarzy się to, czego on zechce. Ale nie nie, nie rozkazał po prostu, żeby zaczęły istnieć istoty do kochania, nie nie! To byłoby takie nie w jego stylu... Takie banalne... Takie proste... Wykombinował coś o wiele lepszego! Otóż najpierw stworzył materię, energię, cząstki elementarne, prawa fizyki, niezliczone pierdyliardy galaktyk, gwiazd, planet i księżyców, potem poczekał sobie kilka miliardów lat (ale cóż to dla niego?), następnie wybrał sobie jedną z tych niezliczonych planet (reszta istnieje tylko dlatego, że taką miał fanaberię) i tchnął na niej życie w jakiś zlepek nieożywionej materii. Tak powstała pierwsza protobakteria. Minęły kolejne miliardy lat (ale Bóg to wybitnie cierpliwy ziomuś), w trakcie których życie sobie powolotku ewoluowało i ewoluowało, aż wreszcie pojawiły się dwunożne żyjątka na tyle inteligentne, by nadawały się do boskich celów. Bóg użył ich sobie jako pojemniki, w których umieścił dusze swoich ukochanych istot.

Ale dusze te nie były czyste i doskonałe, nie nie. Znów – nie w jego stylu. Z automatu skaził je wszystkie (no, z dwoma wyjątkami) skłonnościami do robienia rzeczy, których Bóg nie lubi jak robią. W ogóle wrednie do tego podszedł. Szczególnie mocno (z jakiegoś tajemniczego powodu) nie lubi, gdy ludzie czerpią przyjemność z seksu. I właśnie dlatego stworzył seks takim przyjemnym. No wredne, nie? I jeszcze umieścił ich wszystkich w takich warunkach, które będą przed nimi piętrzyły tony problemów...

Więc gdzie niby to “wieczne szczęście”, do którego wszystko miało dążyć, skoro póki co mamy tylko fizyczny świat pełen bólu, cierpienia i chorób? Spokojnie, spokojnie! Otóż, jak komuś wyczerpie się jego króciutki czas, który dostał na życie na Ziemi, wtedy Bóg go osądza, czy on się w ogóle nadaje do tego wiecznego szczęścia. Czy zasłużył. Teraz już kumacie? Zamiast stworzyć idealne istoty, które z automatu by zasługiwały, albo zamiast po prostu uznać, że wszyscy się nadają (przecież Bóg ich niekończenie i bezwarunkowo kocha!), to on zrobił coś niewyobrażalnie mądrzejszego! Stworzył ludzi niedorobionymi i rozkazał im być idealnymi. Mimo niesprawiedliwie trudnych warunków. I dopiero jeśli będą, to podzieli się z nimi swym szczęściem. Cały ten ogromny wszechświat istnieje tylko po to, by na jednej malutkiej grupce przeprowadzić egzamin z podążania wbrew swojej naturze. Przecież to tak genialne, że nam głupiutkim aż ciężko znaleźć w tym jakikolwiek sens. Bóg zaprawdę jest wielki...

Żeby było ciekawiej, samo w sobie niebycie idealnym, również jest grzechem w oczach Boga. Nawet jeśli nic świadomie nie zdążyłeś zrobić, bo np. zmarłeś jako dziecko, to wciąż jesteś obarczony tym strasznym uczynkiem – byciem stworzonym z jakąś skazą. Na szczęście Bóg ma na to prościutką receptę. Zresztą na wszystkie pozostałe grzechy też ma (w końcu jest kochający, rozumie że nam trudno ich nie popełniać). Otóż wystarczy że jeden człowiek poniesie ofiarę za te wszystkie grzechy całego świata – tak samo jak jest sprawiedliwym, żeby ktoś odsiedział za ciebie twój wyrok w więzieniu. A ta ofiara to drobnostka. Banalik. Ot, brutalne tortury i śmierć.

Na szczęście Bóg nie był na tyle perfidny, żeby kazać ludziom wybierać spośród siebie, który z nich się tej misji podejmie. Sam poszedł. Znaczy wysłał swojego syna. Nie wspominałem jeszcze o jego synu, prawda? No bo jest taka sprawa, że Boga jest trzech. Znaczy jest jeden, tylko w trzech osobach. Ma dwie na zapas. No więc jedną z tych swoich osób posłał, żeby poszła swoją śmiercią przepraszać go za to, że ludzie ośmielili się zostać stworzeni z grzechem. A ona poszła i to zrobiła. No i tyle. Proste, prawda?

Tylko jest jeden haczyk – żeby te przeprosiny obejmowały konkretnego człowieka, musi on wierzyć w Syna Boga i podziwiać go za to, co on dla niego zrobił. A, no i ktoś mu musi polać głowę odrobiną wody, mówiąc przy tym odpowiednią formułkę. Bo czemu by nie. Bóg stworzył, to Bóg wymaga.

No chyba że delikwent nie miał okazji usłyszeć tej całej historii. Właściwie to niewielu miało. Bóg nie lubi rozgłosu. Objawił się ludzkości dopiero jakieś sto tysięcy lat po stworzeniu pierwszego człowieka, i to objawił się jakiemuś mało istotnemu, niepiśmiennemu plemieniu wędrownemu. Wprawdzie potem niektóre z jego najukochańszych dzieci troszkę źle to wszystko zrozumiały i uparcie rozgłaszały tę dobrą nowinę po całym świecie (choćby i na siłę, ogniem i mieczem), ale to już zupełnie inna historia. Tak więc – Ci do których wieść nie dotarła, też jakoś tam do wiecznego szczęścia mogą się dostać. Wprawdzie nie na tych samych zasadach co najukochańsze dzieci Boga, ale to zawsze coś, nie?

Tak więc to by było na tyle. Bóg nas zbawił przed swoim własnym gniewem za to, że zostaliśmy przez niego stworzeni tacy a nie inni. Czyż to nie wspaniała wiadomość?

Z perspektywy doczesności wieczność może się wydawać kusząca.
Ale z perspektywy wieczności doczesność byłaby bezsensowna.