W obozie Kokpitów zagrzmiał głos rogu. Jakob zerwał się na równe nogi jak rażony piorunem. Istotnie, piorun walnął, lecz było to poprzedniego wieczoru i kilkaset metrów dalej – grom wziął na muszkę budynek, w którym Wódz nakazał zamknąć zapasy wódki na całą krucjatę. Słusznie zresztą, bo wszystko by w kilka godzin zeszło, jakby się wojsku pozwoliło pić do woli. Nie wiedzieć czemu, wokół tego budynku było akurat pełno ludzi, i wszyscy naraz, kierowani zapewne instynktem wódkoochronnym, rzucili się do gaszenia pożaru. Ich heroizm, o dziwo niespotykany zbyt często na polu bitwy, sprawił cud – ogień nie zdążył nawet musnąć kadzi z wódką.

Musnął jednak, i to dosyć porządnie, dach owego budynku, a przez powstałą dziurę przerzucony został jedyny szeregowy w oddziale, Kajtek. Od środka otworzył on drzwi, a co się potem działo lepiej przemilczeć...

Jedynymi, którzy nie brali udziału we wspomnianym procederze przemilczanym, byli Wódz oraz Jakob. Obaj spali smacznie. Wódz musiał się porządnie wyspać przed czekającą go krucjatą, natomiast Jakob zdawał się nie zauważyć ani burzy ani hulanek swoich towarzyszy. Aż do czasu, gdy...

...o świcie wódz zadął w róg. Głośno. Bardzo głośno. Tak głośno, że zrobił się cały czerwony, aż do granic czerwoności. Albo i się nie zrobił, tylko po prostu już taki był wcześniej, gdy wstał rano i zobaczył swoje oddziały pod lekkim wpływem, pogrążone bez wyjątku w głębokim śnie. A może dopiero wtedy, gdy zorientował się, że z niedyspozycji wartowników skorzystali najprawdopodobniej okoliczni mieszkańcy, podkradając żołnierzom złoto z mieszków.

Zresztą to niezbyt ważne. Ważne, że Wódz był zły. Zły– mało powiedziane. Był rozgniewany, wściekły, wzburzony, zdenerwowany, podenerwowany, rozwścieczony, rozwścieklony, rozeźlony, rozsier­dzony, rozsrożony, rozjuszony, rozzłoszczony, rozdrażniony, podraż­niony, poirytowany, podirytowany, zbulwersowany, spieniony, wpie­niony, wnerwiony, nabuzowany, podminowany, wkurzony, cały w nerwach, kipiący gniewem. To wszystko dodać, pomnożyć przez dwa i podnieść do sześcianu.

Wódz dął w róg. Jakob zerwał się na równe nogi jak rażony piorunem. Żołnierze w tym czasie spali.

Lekarz stwierdził zgon. Nie ma co się dziwić – w wieku stu piętnastu lat Wódz miał prawo mieć kłopoty z sercem.

Trzeba było obrać nowego przywódcę. Dla żołnierzy mogło to być nieco uciążliwe, z uwagi na powszechnie panującego kaca, lecz przecież gdy obowiązki obywatelskie wzywają, nie można ich tak po prostu olać. Tylko najpierw trzeba się obudzić.

Nie było to łatwe zadanie, ale tuż po zmroku udało się je wreszcie wykonać w stu procentach. No, może nie w stu, bo jeden z oficerów nie dał się dobudzić za żadne skarby. Uznano więc, że wstrzymuje się on od głosu.

Następnie rozpoczęto wybory. Jakob rzucił wojownikom na pożarcie kiełbasę wyborczą. Miała ona postać płynną – konkretnie czterdziestoprocentową. W Jakobie widocznie obudził się skrywany dotąd zmysł polityka, bo przecież nikt normalny nie obieca stu żołnierzom nieograniczonej ilości wódki, wiedząc, że w tym przypadku dzienne spożycie dążyłoby do nieskończoności. A do tego dochodzi jeszcze fakt, że zarówno skarb Plemienia, jak i mieszki wojowników świeciły pustkami tak mocno, że można by robić z nich latarki.

Niemniej jednak wojownicy uznali go za najlepszego kandydata i mianowali wodzem. Na jego zwycięstwo złożyło się wiele czynników, począwszy od wszystko-mi-jedności wyborców, a skończywszy na braku jakichkolwiek przeciwników.

Teraz miał się odbyć obrzęd koronacji. Przewodniczył mu Zygfryd, pełniący funkcję Głównego Wodzowskiego Mistrza Ceremonii.

‘Bracia żołnierze!’ rozpoczął nadzwyczaj doniośle. Jednak tuż potem mówił już tak jak zwykle – ospale, ze znudzeniem, jakby recytował formułkę z pamięci. ‘Od stuleci plemię nasze dzielne wędruje po ziemi szerząc Świętą Wiarę Kokpicką, z cierpliwością przekonując świat, że wierzyć ma w najwyższego Pingwinka mściwego, małżonkę jego najlitościwszą Zeberkę, zajmujących tron najznakomitszy na wyżynach chmur, wraz z całą boską rodziną, na czele z Iskierką ciemniejącą w jasności po dwa razy na sekundę, Bańką strzelającą ukwiałami polnymi oraz Sendmejlem sięgającym żółwi na których wisi Ziemia cała, zjadana przez żarłoczne krokodyle, bo jest w kształcie pizzy nadgryzionej. Plemię nasze mówi niewiernym również, iż muszą modlić się do bóstw tych wszelakich siedemnaście razy miesięcznie i składać im dary w postaci owoców morza, bo wiadomo, że bogowie nie znoszą krewetek ani małż, i bardzo dobrze to sami zjemy, zresztą to i tak bez różnicy, bo mają oni nas głęboko, niezależnie, co robimy. Lecz gdy niewierni wiary tej świętej przyjąć nie chcą, wtedy plemię nasze waleczne zostawia kobiety, dzieci i starców w obozie i rusza na Krucjatę Najświętszą, aby tam się pozabijać, wzbogacić i bezkarnie sobie popić, mając jednak na ustach imię Pingwinka mściwego, coby nikt się nie czepiał.’

Zaczerpnął oddech powietrza i kontynuował dalej do przodu.

‘Tak więc i teraz wyruszyliśmy na tę wyprawę, na 1874-tą krucjatę, zostaliśmy jednak bez wodza, dlatego to wybraliśmy nowego, został nim Jakob, i właśnie teraz go ukoronuję’ rzekł, po czym zdjął z głowy Wodza nieboszczyka koronę z ptasich piór i bezceremonialnie wepchnął ją na głowę Jakoba. ‘No to już ukoronowałem, czyli Jakob jest naszym wodzem, hip hip hura’ dodał smętnym głosem i uznając ceremonię za zakończoną położył się spać. W ślad za nim poszli pozostali.

Wojownicy byli nieco zawiedzeni, gdy dwa dni później uświadomili sobie, że obietnice Jakoba jednak nie zostaną spełnione. Mimo to wyruszyli jednak w dalszą drogę, aby szerzyć chwałę Zeberki najlitościwszej.

Dotarli do grodu wielkiego i wspaniałego. Lecz, jako że było dość późno, bramy były już zamknięte. Mimo ciszy nocnej Jakob zdecydował się zacząć atak. Jednak z uwagi na zasady savoir-vivre’u, zamiast bezceremonialnie napaść na gród, najpierw kulturalnie zapukał do bram.

Odpowiedział im nader uprzejmy Głos.

‘Czego?’

‘Witaj!’ odparł Jakob. ‘Przyszliśmy was nawrócić. Chcemy, żebyście uwierzyli w naszych bogów’.

Głos zaniósł się śmiechem. ‘Waszych bogów, powiadacie?’

‘Tak!’ zakrzyknęli chórem.

‘A ilu ich jest?’

‘A ze trzystu razem będzie’ odparł po namyśle Najwyższy Kapłan.

‘A co oni mogą?’

‘Wszystko!’ krzyknęli znowu.

‘Są wszechmogący, powiadacie?’

‘Są!’

‘Wszyscy?’

‘Wszyscy!’

‘To bez sensu’ rzekł Głos. Kokpici zamilkli.

Po chwili Kapłan spytał drżącym głosem ‘Jak to bez sensu?’

Głos się zaśmiał. ‘Widzicie– oni nie mogą wszyscy naraz być wszechmogący. Bo wtedy jeden z nich mógłby ograniczyć wolę drugiego, a wtedy ten drugi już nie jest wszechmocny. I odwrotnie. A jak ich jest ze trzystu, to już w ogóle niezłe baja bongo macie.’

Kokpici zamarli. Jakob dał cichy znak do odwrotu. Oddział wrócił do domu, kończąc 1874-tą, ostatnią krucjatę.

Plemię nie mogło już napadać, łupić, grabić, zabijać, gwałcić ani pić w imię swoich bogów, skoro ich istnienie okazało się być skrajnie nielogiczne.