W tym tygodniu przypada jubileuszowa, setna rocznica objawień fatimskich – wydarzenia szczególnie mi bliskiego, z racji tego, że moją dawkę indoktrynacji religijnej otrzymałem w parafii, w której ( łamiąc drugie przykazanie) czci się figurkę Matki Boskiej właśnie Fatimskiej, i to na dodatek takiej, której sam Ojciec Nieświęty raczył włożyć koronę na głowę.

Ciężko zatem jest mi oprzeć się pokusie, by wykorzystać tę piękną okazję do cofnięcia się do dawnych lat i spojrzenia na bajki z dzieciństwa nowym, sceptycznym okiem. Ile w nich prawdy i niezwykłości?

Otóż niewiele. Objawienia w Fatimie to po prostu historia jednej dziewczynki z wybujałą wyobraźnią.

Gdybym ci powiedział, że właśnie, nie ruszając się z domu, rozmawiałem ze znajomym będącym w Australii, pewnie odparłbyś “no pewnie gadaliście przez telefon albo skype, nic niezwykłego”. Gdybym jednak upierał się, że żadna elektronika nie maczała w tym elektronów, wtedy pewnie wysłałbyś mnie do psychiatry. To logiczne rozumowanie: możliwość, że używam do tego jakieś technologii, kłamię, zmyślam albo jestem chory psychicznie jest niesłychanie bardziej prawdopodobna od możliwości, że mam jakieś paranormalne zdolności komunikacji z drugą półkulą. Musiałoby się zdarzyć coś cholernie niezwykłego, by rozsądnie myślący człowiek w ogóle wziął pod uwagę paranormalne rozwiązania – na przykład gdybym w kontrolowanych warunkach potrafił przekazać lub odebrać od rozmówcy jakąś informację, której nie moglibyśmy znać, gdybyśmy rzeczywiście się nie komunikowali (chociażby losowy ciąg znaków).

Czemu więc podobnego toku rozumowania nie zastosować do historii z Fatimy? Jakieś dziecko, znane w okolicy z wybujałej wyobraźni i ciągłych prób ściągnięcia na siebie uwagi, rozpowiada wszystkim, że widziało a to anioła, a to Maryję. No super, dziecko wymyśla sobie jakieś niestworzone historie, też mi sensacja, wyrośnie z tego. Musiałoby się zdarzyć coś naprawdę niezwykłego, żeby racjonalny człowiek w ogóle wziął pod uwagę, że pewna martwa od dwóch tysięcy lat kobieta rzeczywiście rozmawiała z tą dziewczynką.

Nic niezwykłego się jednak nie zdarzyło. Poza samą Łucją nie było żadnych innych świadków objawień, którzy mogliby potwierdzić, że widzieli to samo. A przynajmniej żadnych wiarygodnych świadków. Bo owszem, była z nią jeszcze dwójka dzieci, Hiacynta i Franciszek, ale one strasznie plątały się w zeznaniach: a to wcale nie widziały Maryi, tylko ją słyszały, a to widziały, ale już zapomniały, co dokładnie robiła i mówiła... Małe, siedmio- i dziewięcioletnie dzieciaki, będące pod wpływem starszej kuzynki i ślepo potwierdzające to, co ona mówi? No fakt, to się nie trzyma kupy, zdecydowanie bardziej prawdopodobne, że serio rozmawiali z trupem, no nie?

I owszem, były jeszcze tysiące świadków, którzy 13 października rzekomo widzieli, jak Słońce wiruje po niebie. Tyle że oni też nie mogą się dogadać na spójną wersję, co właściwie widzieli. A wielu nie widziało zupełnie nic – w tym ani jedna z osób, które oglądały ”cud” przez ochronny filtr słoneczny. Czy to możliwe, żeby świadkowie doświadczyli po prostu złudzeń optycznych wywołanych przez masakrowanie wzroku długotrwałym wpatrywaniem się w Słońce? Nie no, skądże, zdecydowanie więcej sensu robi hipoteza, że ogromna gwiazda nagle zaczęła sobie tańczyć, i to dla każdego inaczej, a nikt poza Cova da Iria tego nie zauważył... (Btw, Wikipedia bardzo ciekawie streszcza argumenty w sprawie rzekomego ”Cudu Słońca”, polecam).

W czym zatem leży niezwykłość objawień fatimskich, skoro nie w spójnych zeznaniach wielu niezależnych świadków? Może w tym, że Matka Boska przekazała nam jakieś tajemne informacje, których byśmy nie poznali, gdyby nie jej boska interwencja?

Cóż, Maryja w kółko powtarza dzieciom, żeby... się modliły. W swej wielkiej skromności podkreśla, że chodzi o modlitwę do niej samej, modlitwę różańcową. Bo widzicie, ludzie wierzący nie wiedzieli dotychczas, że modlitwa jest ważna, i że bozia lubi jak się do niej modli. Teraz Maryja im powiedziała, dzięki czemu poznali tę wielką tajemnicę!

Przekazała też tajemnice jeszcze bardziej spektakularne niż ta. Pierwsza z nich mówi o tym, że... piekło jest straszne, i że dusze grzeszników w nim cierpią. Serio? Łucja powtórzyła coś, czego od wieków uczyli w kościołach, i wszyscy uznali, że nie ma innej opcji, musiała poznać te sekrety z ust Matki Boskiej?

Druga Tajemnica Fatimska to przepowiednia wybuchu II wojny światowej:

Wojna się skończy. Ale jeżeli się nie przestanie obrażać Boga, to za pontyfikatu Piusa XI rozpocznie się druga, gorsza.

Trzeba przyznać, że jest to dość specyficzna przepowiednia, oraz że się spełniła. Jest z nią tylko taki problem, że pochodzi z... 31 sierpnia 1941 roku. Że niby w 1917 Maryja jej to powiedziała, ale ona uznała, że spisze to dopiero 24 lata później, dwa lata po tym, jak przepowiednia już się zdąży spełnić. Drugi problem tkwi w postaci Piusa XI: jego pontyfikat skończył się 10 lutego 1939 – na siedem miesięcy przed wybuchem wojny. Czyżby Maryja tego nie wiedziała?

Podobnie było z przepowiednią Łucji dotyczącą rychłej śmierci pozostałych dwojga pastuszków. Zrobiła to w 1927 roku, podczas gdy Franciszek zmarł w 1919 roku, a Hiacynta w 1920... Niesłychane!

Trzecia tajemnica natomiast mówi o... ech... czymś takim:

[Biskup odziany w biel] przeszedł przez wielkie miasto w połowie zrujnowane [...], został zabity przez grupę żołnierzy, którzy kilka razy ugodzili go pociskami z broni palnej i strzałami z łuku i w ten sam sposób zginęli jeden po drugim inni Biskupi, Kapłani, zakonnicy i zakonnice oraz wiele osób świeckich, mężczyzn i kobiet różnych klas i pozycji. Pod dwoma ramionami Krzyża były dwa Anioły, każdy trzymający w ręce konewkę z kryształu, do których zbierali krew Męczenników i nią skrapiali dusze zbliżające się do Boga.

Według Kościoła jest to opis nieudanego zamachu na papieża 13 maja 1981. Ta tajemnica ma zatem przynajmniej ten plus, że została spisana zanim się spełniła (ponoć wtedy, bo ujawniono ją dopiero w roku 2000, więc w sumie kto wie...). Ma jednak także spory minus: Rzym wcale nie został wtedy “w połowie zrujnowany”, papież wcale nie zginął, choć było blisko, dosięgła go jedna kula, a nie wiele, strzelał jeden zamachowiec, a nie “grupa żołnierzy”, nie było żadnego strzelania z łuku, a poza JP2 nikt nie ucierpiał. Czyli zupełnie nic się kupy nie trzyma.

Wychodzi zatem na to, że jedyna przepowiednia, która została udokumentowana zanim się spełniła, ma spore kłopoty z faktycznym spełnieniem się... Wygląda to raczej jak klasyczna, desperacka próba dostosowania jej post factum do rzeczywistości.

Ta cała historia równie dobrze mogła skończyć się o wiele wcześniej: wystarczyło ciut mniej łatwowierności dorosłych w fantazję dziecka, ciut mniej interesowności Kościoła, któremu (nie oszukujmy się) ten cały hype wokół Fatimy był bardzo na rękę, ciut więcej rozsądku i chłodnego przemyślenia, czy to się w ogóle trzyma kupy. Jestem prawie pewny, że gdyby dorośli nie podsycali przywidzeń Łucji i jej chęci bycia w centrum uwagi, to ona sama pewnie prędko przestałaby w to wierzyć. Dorosłaby. W końcu, jak pisze św. Paweł: ”Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce.” (1 Kor 13, 11). Łucja nie miała na to szansy. Rozgłos sprawił, że musiała ciągle wierzyć w swoje dziecięce bajki, a przynajmniej udawać, że wierzy. Spirala kłamstw się nakręciła.

I tak teraz setki ludzi w mojej rodzinnej parafii co miesiąc marnuje czas na maraton mszy, procesji, różańców i uroczystych zasłonięć figurki (ciekawe czy służba liturgiczna wciąż nazywa to szaleństwo “gwiezdnymi wojnami”?). A miliony ludzi na całym świecie robią podobne rzeczy. Wielu z nich wydaje ciężkie pieniądze na podróż do Fatimy, by akurat w tym dniu, akurat w tym miejscu, móc się pocieszyć z tego, że bozia powiedziała, że by chciała, żebyśmy klepali różaniec.

Objawienia fatimskie zadziwiająco mało zmieniły w historii świata, jak na wydarzenie rzekomo tak wielkiej wagi. Po prostu pchnęło katolicyzm jeszcze bardziej w stronę kryptopoliteizmu. Ale poza tym? Boskie przesłanie najwidoczniej nie wpłynęło na ludzi na tyle, by przebłagać boga by raczył zapobiec II wojnie światowej. Wizja piekła Łucji raczej nie przeraziła żadnego grzesznika bardziej niż jakakolwiek inna. Jestem prawie pewien, że świat bez objawień fatimskich nie byłby jakoś specjalnie różny niż ten, w którym rzesze ludzi w nie wierzą. Co więc jest niby do świętowania?