Richard Dawkins w Bogu urojonym stawia śmiałą tezę, że “jakkolwiek potwornym czynem jest takie [fizyczne] molestowanie, to w sumie w dłuższej perspektywie czyni ono dziecku mniejszą psychologiczną szkodę niż samo wychowanie w wierze katolickiej” (str. 424). Popiera ją przykładem listu od kobiety, która jako dziecko doznała dwóch traumatycznych przeżyć: molestował ją ksiądz i zmarł jej przyjaciel, który był protestantem. Ta kobieta stwierdziła, że o ile z pierwszym dość szybko dała sobie radę, o tyle gorzej było z przerażającą wizją, że ów przyjaciel smaży się teraz w piekle, tylko dlatego, że rodzice wychowali go w nie tej wierze, co trzeba...

Cóż, ja raczej jestem daleki od porównywania jednego z drugim. Ani nie mam takich osobistych przeżyć, ani nie jest mi łatwo generalizować w tej kwestii. Ale jednego jestem pewny: nie tylko fizyczne molestowanie dzieci jest złe (co, mam nadzieję, nie ulega wątpliwości), ale również i to psychiczne. A wychowanie katolickie śmiało mogę właśnie takim molestowaniem nazwać.

Pierwsza rzecz to chrzest. W praktyce może i błahostka, ale co do zasady po prostu obleśna. Wprawdzie dziecku nie dzieje się krzywda przez samo polanie główki wodą i wyrecytowanie nad nim magicznej formułki, ale czyż nie jest okropnym fakt, że w jego zupełnej nieświadomości wybiera się za niego coś, co powinno być własnym i świadomym wyborem? Narzuca się religię, której ono nawet nie zna. W jego imieniu wyznaje się wiarę, o której ono nie ma zielonego pojęcia, a potem już w doroślejszym życiu wymaga się aby się do tego nieswojego wyznania stosowało. Wymaga się spełniania przyrzeczenia, którego wcale nie składało. Pewna katolicka pieśń brzmi tak: “Com przyrzekł Bogu przy chrzcie raz, dotrzymać pragnę szczerze. Kościoła słuchać w każdy czas i w świętej wytrwać wierze”. Przyrzekł? Naprawdę? Dwumiesięczne dziecko nie może podpisać umowy cywilnoprawnej, ba, nie może przeżyć dwóch dni bez czyjejś opieki, ale może przyrzekać coś wiążącego na całe życie? Kpina...

Ale po chrzcie jest jeszcze całe dzieciństwo. Jako ośmiolatek, wciąż niewiele bardziej świadomy niż wtedy jako niemowlak, miałem już nafaszerowaną głowę tak wieloma bzdurami, że aż mi wstyd. Nauczono mnie zupełnie nieracjonalnego podejścia do świata, polegającego na bezkrytycznym przyjmowaniu dogmatów i niedyskutowaniu z nimi. Nieznośnie dużo czasu poświęcano, by nauczyć mnie prawd wiary, historii biblijnych, formułek, modlitw, katechizmu, żywotów świętych... Natomiast o to, co mnie naprawdę fascynowało, czyli o książki i czasopisma popularnonaukowe, musiałem się długo dopraszać. Zagłębiałem się w nie z wielką pasją, ale i tak miałem już czas i umysł zagracone przez religijne śmieci.

Dobrze pamiętam swoją pierwszą spowiedź. Te nikomu niepotrzebne miesiące stresu tuż przed nią. To ciągle mi towarzyszące poczucie winy, przepraszanie Boga za to, że jestem człowiekiem, doszukiwanie się grzechu we wszystkim, co robię, ten wielki strach przed piekłem... Ale gdy teraz o tym myślę, widzę, że racjonalna część mojego umysłu wciąż walczyła. Wiedziałem że jestem grzecznym dzieckiem (no oczywiście nie zawsze, ale w porównaniu z wybrykami rówieśników, to był ze mnie wręcz aniołek), a przynajmniej staram się jak mogę. Nie wierzyłem do końca, że mam potrzebę mówienia o swoich grzechach (a raczej “grzechach”, bo trudno ośmiolatka posądzać o posiadanie świadomości do umyślnego grzeszenia) jakiemukolwiek człowiekowi, ani że ten człowiek ma moc w imieniu Boga mi je wybaczyć.

I chyba dobrze świadczy o tym fakt, że już moja pierwsza spowiedź była niejako “świętokradcza”. Zataiłem wtedy pewien “grzech”. Teraz już wiem, że grzechem to nie było, bo nie było w nim najzupełniej nic złego... Ale wtedy wtłoczono mi w głowę świadomość, że cokolwiek związanego z nagością jest z natury złe i nieczyste, a ja święcie w to wierzyłem. Byłem tym “grzechem” aż tak zawstydzony, że nawet paniczny strach przed piekłem nie przekonał mnie, bym o nim opowiedział księdzu. Na szczęście mój “problem” rozwiązał się już miesiąc później, gdy przy drugiej spowiedzi powiedziałem, że “więcej grzechów nie pamiętam”, wmawiając sobie że naprawdę o nim zapomniałem, i uznając że ta formułka załatwia sprawę. W ten sposób katolicyzm już w tak młodym wieku nauczył mnie kombinowania, kłamania, przerabiania sobie teologii dla swych własnych potrzeb i hipokryzji. Nie mówiąc już o bezpodstawnym strachu, ciągłym poczuciu winy i (niemal) totalnym posłuszeństwie dla nieznoszących sprzeciwu “autorytetów”.

Gdy dorastałem, pojawiało się coraz więcej wątpliwości związanych z wiarą. Oczywiście od razu tłamszonych przez winę i strach, ale w końcu przegrywających ze zdrowym rozsądkiem. Im bardziej przegrywały, tym bardziej męczyłem się z poczuciem, że jestem hipokrytą, będąc w kościele. Ciągle towarzyszyła mi myśl, by wreszcie to wszystko rzucić, oraz strach, jak na to zareaguje rodzina. Ich reakcja, bez niespodzianek, okazała się nieprzyjemna. Włącznie z nazywaniem mnie sługą szatana i szantażowaniem, że “wpędzam ich do grobu”... Wciąż czuję się jak ktoś, kto uciekł z sekty. Wiem, że własna rodzina ma mnie za zdrajcę.

Lata indoktrynacji, lata walki z samym sobą, lata strachu... By dopiero jako dwudziestolatek móc spokojnie wierzyć w to, co sam chcę wierzyć...

Niektórzy mówią, że religia, nawet jeśli miałaby nie być prawdziwa, i tak jest dobra, bo daje ludziom komfort, spokój i szczęście. Nie. Zdecydowanie nie. Ja te rzeczy zyskałem nie dzięki zinstytucjonalizowanej religii, ale właśnie dopiero przez jej dojrzałe porzucenie...