Odkąd tylko pamiętam, szczerze nienawidziłem różańca. Jak wierzący bym nie był, jakoś nigdy nie potrafiłem dostrzec jego “piękna” i “mocy”, o których mnie uczono. To modlitwa tak nudna, żmudna i jednostajna, tak daleka od zwykłego ludzkiego kontaktu czy jakiejkolwiek bliskości, że zwariować można...

Nie wyobrażam sobie budować relacji z przyjacielem za pomocą powtarzania mu aż do znudzenia w kółko tych samych formułek. Ba, jakichkolwiek fomułek. Ja klepię puste słowa, a mój przyjaciel milczy – cóż to za przyjaźń? Cóż to za relacja?

Ile to się nie nasłuchałem, jaki to różaniec jest “cudowny” i jaką to ma “moc”. Znaczy niby jak miałoby to działać? Maryja siedzi sobie w niebie, słucha tych wszytkich pustych słów, zlicza kto ile razy powiedział i jak wyraźnie, po czym zdaje Bogu raport, mówiąc “ej, no weź mu pomóż z tym sprawdzianem z matmy... wiem że się nic nie uczył, no ale przecież odmówił całe pięć tajemnic, no weź! wiesz przecież jak ja lubię te ich różańce...”.

Zawsze sie zastanawiałem, skąd oni niby wiedzą, że różaniec ma taką moc. Już nawet nie, skąd wiedzą, że jakakolwiek modlitwa jakkolwiek działa. Więcej, oni wiedzą, że spośród tych wszystkich koronek, jakie codziennie klepią, to właśnie ta działa najlepiej.

To wiedzą, ale zdają się nie pamiętać o tym, że ich “święta księga” wprost zabrania takich zachowań. Jezus mówi w Mt 6, 7: “Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani.”, co zwyczajnie kłóci się z formą różańca.W 1 Tm 2, 5 czytamy “Albowiem jeden jest Bóg, i jeden pośrednik Boga i ludzi, człowiek Chrystus Jezus”, co jest zdecydowanie sprzeczne z bardzo istotnym w różańcu pośrednictwem Maryi.

Fascynuje mnie też to, że coś na kształt różańca istnieje w całej masie innych religii. Zarówno w znaczeniu formy modlitwy, jak i samego sznura modlitewnego. Buddyści mają malę, hinduiści rudrakszę, muzułmanie subhę, prawosławni czotki... Mogę się domyślać powodów takiego stanu rzeczy. Być może to uniwersalna cecha ludzka, że są po prostu zbyt leniwi, by wysilać się i myśleć, co właściwie chcieliby Bogu powiedzieć, więc wolą wyłączyć myślenie, a włączyć automacik werbalny. A może ma to być celowy zabieg ogłupiający, zmieniający wiernych w robociki... Tak bardzo przypomina mi to sektę Hare Krishna, gdzie głównym zajęciem wiernych w ciągu dnia jest bezcelowe recytowanie mantr... Pamiętam, jak opowiadał mi o tym katecheta w liceum, jednocześnie nie zauważając tam żadnych podobieństw do katolickiego fetyszu różańcowego.

Różaniec jest według mnie po prostu obrzydliwy w samej koncepcji. Może jako zwykła mantra byłby w porządku, ot jeden ze sposobów medytacji i pracy nad sobą, super. Ale jeśli się przerobi to na modlitwę, która ani z rozmową, ani z relacją, ani ze świętą księgą własnej religii nie ma nic wspólnego, to gdzie w tym wszystkim sens?