Ostatnio coraz bardziej rzuca mi się w oczy, jak to ludzie usiłują udowodnić istnienie Boga na podstawie swoich własnych doświadczeń. Nie w znaczeniu experiment, tylko experience, oczywiście. Nie byłbym sobą, gdybym nie uzasadnił tutaj, dlaczego uważam, że taki dowód jest niewiele warty...

Ludzie lubią traktować Boga jako kogoś, co do którego należy stosować kryteria oceny totalnie inne niż dla jakichkolwiek innych zjawisk we wszechświecie (o ile w ogóle można jakieś wobec niego stosować – bo przecież należy bezdyskusyjnie wierzyć w to, co nam inni o nim mówią, a nie się bezczelnie zastanawiać, czy on w ogóle jest i jaki jest, no nie?). Ale z czysto obiektywnego punktu widzenia kwestia istnienia Boga oraz przypisania mu jakichś cech jest hipotezą wcale nie różną od wielu innych.

Wyznawcy wielkich religii monoteistycznych uważają Abrahama za kogoś wielkiego, czystego moralnie, namaszczonego przez Boga. Ale jeśli dzisiaj w jakimkolwiek sądzie powiedziałby on, że zamierzał zabić własnego syna, “bo Bóg mu kazał” – myślicie że nie trafiłby za kraty albo do psychiatryka? Wiem wiem, inne czasy, kontekst historyczny, Zeitgeist... Ale to właśnie o czymś świadczy – przez te tysiąclecia ludzkość wypracowała sobie zasady moralne, które kiedyś byłyby uznane za dziwactwo, a dziś uważamy już wręcz za oczywistość. Wypracowała zasady prowadzenia uczciwego procesu oraz względnie niezawodne sposoby dochodzenia do prawdy. Skoro uznajemy to wszystko za takie dobrodziejstwo współczesnej cywilizacji, dlaczego tych samych zasad i metod nie stosować, gdy rozważamy coś związanego z Bogiem?

Jaką wartość w sądzie miałyby zeznania świadka, który twierdzi, że coś się zdarzyło, bo on ma “bardzo silne wewnętrzne doświadczenia” związane z tym wydarzeniem? Że je “czuje” w sercu, że “widzi, ile ono zmieniło w jego życiu”? To wszystko jest subiektywne i bardzo podatne na słabości naszego mózgu. Nie tylko zdarza nam się na siłę dopasowywać obserwacje do założonej wcześniej tezy, ale wręcz potrafimy sobie wmówić coś, co naprawdę nie miało miejsca, lecz nam do tej tezy pasuje. I możemy wcale przy tym nie kłamać, możemy być święcie przekonani, że to prawda.

Mamy w głowie ukształtowany obraz bardzo wielu rzeczy, ludzi i grup. Napływające do nas informacje czy obserwacje niezgodne z tym obrazem powodują dysonans poznawczy. I zdecydowanie najprostszym wyjściem jest rozwiązanie konfliktu na rzecz tego obrazu, po prostu ignorując lub bagatelizując obserwacje. Antysemita czy homofob mogą bardzo długo nimi pozostać, nieważne jak wielu poznają żydów czy gejów, którzy nijak nie pasują do wizji tych grup, jakie on ma w głowie.

Z Bogiem jest o to jeszcze łatwiej, bo wszystko da się do niego dostosować, a nie można go w łatwy sposób zweryfikować. Cokolwiek dobrego wydarzy się w twoim życiu, możesz to uznać za jego łaskę. Cokolwiek złego – za wyraz jego złości lub wystawienie cię na próbę. Jakikolwiek zbieg okoliczności czy dziwne wydarzenie najprościej sobie wytłumaczyć jego interwencją czy znakiem od Najwyższego...

Zresztą nawet jeśli mówimy o bardziej “konkrektnych” obserwacjach niż takie przeczucia – objawieniach, przeżyciach mistycznych itp. – wciąż słaby z nich dowód. Dla sądu zawsze cenniejsze są badania DNA czy nagrania z kamer niż zeznania świadków. Świadek może kłamać, mógł być w szoku, mógł mieć zaburzoną percepcję, mógł mieć halucynacje...

Świadkowie zyskują na wiarygodności, gdy jest ich wielu, a ich zeznania są zgodne. Ale w kwestii Boga to się nie zdarza – jeden uzna jakieś doświadczenie za dowód interwencji Allaha, drugi podobne uzna za dowód duchowej obecności Wisznu... Czy mogą obaj mieć rację? Skoro akceptujemy dowód z doświadczenia, róbmy to konsekwentnie, a nie tylko wobec własnej religii!

Ba, nawet w obrębie jednej wiary bywa z tym różnie! Każdy ma w głowie swoją wizję świata duchowego i dostosowuje do niej interpretacje wydarzeń. Nawet podczas “cudu Słońca” w Fatimie, gdzie większość ludzi była tego samego wyznania i obserwowała to samo fizyczne wydarzenie, każdy zupełnie inaczej opisywał, co właściwie to Słońce jego zdaniem robiło. Nie wspominając już o tych, którzy mimo masakrowania wzroku wpatrywaniem się w bardzo jasny punkt oraz sugestywnej narracji Łucji nie zobaczyli zupełnie nic ciekawego.

Nasz mózg nas oszukuje. Czego nie zobaczy, to sobie wymyśli (najbardziej trywialnym przykładem jest ślepa plamka w oku). Co mu będzie mniej więcej wyglądało na coś podobnego do twarzy, po prostu uzna za twarz. Co będzie brzmiało podejrzanie, ale można by uznać, że to X, uzna za X. Trzeba wiele wysiłku i racjonalnego podejścia, by z takimi uproszczeniami wbudowanymi w naszą podświadomość jakkolwiek walczyć.

Jeśli uznać osobiste doświadczenie za dowód, to tylko za bardzo słaby dowód. Wystarczający w sytuacji, gdy np. mówisz mi o tym, że tydzień temu w twoim mieście padał śnieg. Uwierzę ci na słowo, bo czemu by nie? Mógłbym sprawdzić to w Internecie, ale po co? Przecież jest zima, to nic nadzwyczajnego, że pada śnieg! Co innego w środku lipca... A twierdzenie, że istnieje Bóg posiadający takie a takie przymioty i że jest przyczyną wszystkiego co istnieje i co się wydarza w całym wszechświecie – jest tezą zdecydowanie “większego kalibru” niż śnieg w lipcu. Czemu więc uznawać że jest prawdziwa na podstawie tak słabego dowodu?