Według tego tekstu z Frondy (z watykańskimi Imprimatur), Jahwe ukazał się pewnej siostrze i przekazał jej sześć ważnych wiadomości. Co ja gadam, nie sześć tylko jedną (sześciokrotnie powtórzoną). I nie ważną, lecz zupełnie małostkową:

Czcijcie mnie!

I tyle. Nic więcej bozia najwidoczniej nie chce, niczego nam nie da, niczego nie powie, w niczym nie pomoże. Jedynie ze szczegółami opowie, jak to by chciała, by ją ludzie wielbili.

Bo wiecie, bozia jest wszechmocna, wszechpotężna, wielka i nieskończona! Tylko potrzebuje czołobicia małych żyjątek z jednego z miliardów gatunków zamieszkujących jedną z pierdyliardów planet. Bo tak.

Ale łaj? Po prostu łaj?

Jeśli już się wymyśla bajkę o niestworzonych bytach, to wypadało by przynajmniej być przy tym w miarę konsekwentnym. Skoro Jahwe jest taki super über mega, to po kiego grzyba mu czyjekolwiek hołdy? Przecież to takie pyszne, tak małostkowe, tak megalomańskie...

Bozia daje ludziom wybór, czy będą ją czcili siódmego sierpnia, czy w pierwszą niedzielę sierpnia. Czyżby nie wiedział, którą opcję wybiorą ludzie? Bozia pragnie, by w każdym pomieszczeniu, gdzie przebywają ludzie, znajdował się obraz Boga Ojca. Czyżby ludzkość zignorowała prośbę Wszechmogącego? Czyżby Wszechmogący zapomniał o swoim własnym zakazie tworzenia czczych obrazków? (Wj 20, 4-5)

To wszystko jest szyte tak grubymi nićmi, że nawet w czasach swej najgorętszej, najgorliwszej wiary w Jezuska, nie uwierzyłbym w takie bzdury.

A tu proszę, niektórym się to udaje.