Zbliżają się majowe pierwsze komunie, więc wzięło mnie na wspominki. Teraz mogę sobie odświeżyć te wszystkie dziwne rozkminy, które przed moją własną komunią mocno mnie nurtowały, ale głupio było o nie pytać (pytać? jak jakiś, tfu, ateista?).

Bo komunia jest dziwna, jak by na nią nie spojrzeć. Chleb staje się ciałem Jezusa, mimo że cały czas jest chlebem. Tylko że już nie jest chlebem. Ale wygląda jak chleb, smakuje jak chleb, pachnie jak chleb, ba, jest co do atomu identyczny z chlebem, ale po prostu już nie jest chlebem. Jest Jezusem. To chyba oczywiste, prawda?

Jako dzieciak zastanawiałem się na przykład, która konkretnie część ciała Jezusa jest w opłatku. Wróć! Którą konkretnie częścią ciała jest opłatek (niebędący opłatkiem). Patrząc na ilości rozdawane co niedzielę w jednym tylko kościele, zdaje się, że wszystkie jezusowe członki muszą kiedyś dostąpić tego zaszczytu, będąc raczej deficytowym towarem... A właśnie, co Jezus zrobi, jak mu się ciało wyczerpie? On jest nieskończony, ale jego ciało nie, prawda? Jemu już się ono chyba nie przyda, ale za to ludzie na ziemi niezbyt by się ucieszyli, że im się eucharystia wyczerpała...

Na szczęście te wątpliwości rozwiewa Katechizm: W Najświętszym Sakramencie Eucharystii “są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus” (KKK 1374). W każdej hostii jest cały Chrystus. Ba, w każdym okruszku też! Hmm... W takim razie jeśli wezmę konsekrowaną hostię i pokruszę ją na setki kawałków, to dokonam cudownego rozmnożenia boga! Jezusowe cuda z rozmnażaniem rybek mogą się schować przy czymś takim!

A zatem wniosek jest prosty: komunia działa jak copy-paste na Jezusie. Najs.

Jest w niej obecny prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie. To żaden symbol. Tam serio jest żywy człowiek! Zaraz zaraz... Ale czemu w ogóle mielibyśmy jeść człowieka? Kanibalizm jest zły, ale komunia już w porządku? Czym się różnią? Skoro na każdej mszy dosłownie chleb zmienia się w ciało, to co jest niby takiego specjalnego w “cudach eucharystycznych”?

Jeśli mój żołądek strawi Jezusa, rozkawałkuje go na cząsteczki, a jelita je wchłoną, to w mojej krwi będą pływały pierdyliardy instancji boga. Skoro każdy okruszek z komunikantów trzeba “utylizować” specjalną procedurą, aby nie doszło do świętokradztwa, to czy to samo tyczy się mojej krwi, jeśli na przykład zatnę się przy goleniu?

Inna sprawa, że wizja mikrojezusków pływających po krwiobiegu odpowiada na fundamentalne pytanie: dlaczego przyjmuje się Chrystusa “do serca”, skoro każdy gimnazjalista wie, że opłatek leci on do żołądka? No więc to nie jest żadna metafora z tym sercem. Zwyczajnie przez krew sobie płynie, ot cała zagadka!

No i jak długo po przyjęciu komunii on sobie w niej siedzi? Na pewno nie na zawsze, bo wtedy wystarczyłoby go skonsumować tylko raz. Większość praktykujących katolików zjada go co tydzień, niektórzy nawet i codziennie, a przykazania kościelne mówią, że minimum to raz na rok. Czemu z tak różną częstotliwością? Czy czas rozkładu Jezusa zależy, na przykład, od grzeszności danego nosiciela? Im większa z niego szuja, tym szybciej Jezus się na niego focha i sobie idzie, więc koleś musi częściej chodzić do komunii? Albo może stężenie Jezusa we krwi stopniowo spada, więc częstsze uzupełnianie zapasów pozwala utrzymać stężenie na odpowiednim poziomie?

No i skoro Jezus z nas wychodzi, to jakim konkretnie sposobem to robi? Obstawiam, że nie “w sposób duchowy”, bo skoro wejść musiał fizycznie (ech, taki niby wszechmogący, a bez chleba sobie nie poradzi...), to czemu wychodzić miałby inaczej?

Na dziecięcą logikę trzeba by powiedzieć, że skoro coś weszło buzią, to wyjdzie... Ech... Tyle jest różnych dróg wydalania materii poza organizm! No chyba że Jezus zostaje zawsze strawiony w całości i opuszcza nasze ciało tylko w postaci spalanej energii. Tu pojawia się jednak kolejne pytanie – ile kalorii przypada na jednego Jezusa? Pamiętając, że 1 opłatek = 1 Jezus, ale już 2 x 0,5 opłatka = 2 Jezusów.

Czy to, co piszę, jest obraźliwe? No, jeśli jakiegoś wierzącego obrażają pytania o jego własną teologię... Ja po prostu pytam i oczekuję odpowiedzi (choć niespecjalnie oczekuję rozsądnych odpowiedzi). Bo jeśli ktoś twierdzi, że jakiś bóg jest prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie (a nie duchowo i nie symbolicznie!) obecny w kawałku chleba, to musi się liczyć z tym, że z fizycznych zjawisk wynikają fizyczne konsekwencje. Gdyby pozostawić te sprawy w granicach “świata duchowego”, to nie miałbym się do czego przyczepić. Ale Sobór Laterański uparł się, żeby zastosować religijne absurdy w realnym świecie....