Gdyby show Davida Copperfielda polegało wyłącznie na otworzeniu pudełka i pokazaniu, że w środku jest królik, to czy ktoś zacząłby klaskać? No królik, widać że królik. Pewnie sam go wcześniej tam włożył, więc gdzie tu niby magia?

A tymczasem ksiądz z Legnicy otworzył pojemnik na wodę, pokazał, że w środku jest ludzka tkanka mięśniowa, i już wszyscy piszą, że to cud, że boska interwencja... Ale przecież to znalezisko stawia pytania raczej natury kryminalnej niż teologicznej: kto włożył tam ten fragment serca i gdzie jest reszta zwłok?

Sama tkanka też nie jest jakkolwiek szczególna. Nie świeci w ciemności, nie lewituje, nie jest żywa mimo wyrwania z ciała. Ot, całkiem zwyczajny kawałek mięśnia sercowego. Sam mam z pół kilo takiego.

Nawet z punktu widzenia katolicyzmu “cud eucharystyczny” w Legnicy nie jest niczym nadzwyczajnym. Codziennie konsekruje się przecież setki tysięcy hostii, a każda z nich “zawiera prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa” (KKK 1374). Gdybym wierzył w doktrynę katolicką, musiałbym nie widzieć żadnej różnicy między legnickim “cudem”, a “cudem”, który co tydzień widzę na ołtarzu.

Po co więc to całe zamieszanie wokół niego?