Jasne, życie po śmierci może istnieć, oczywiście że może. Czy istnieje, tego nikt na świecie nie wie. A jeśli twierdzi że wie, to albo kłamie, albo się myli.

Ale mimo grząskości tematu i braku jakichkolwiek twardych dowodów za czy przeciw, to jednak da się o tym co nieco powiedzieć. Możemy się zastanowić, co by było gdyby... Załóżmy że istnieje życie po śmierci i wtedy zastanówmy się nad implikacjami tego założenia.

Przede wszystkim – jeśli jakakolwiek część człowieka miałaby przetrwać jego śmierć, to cóż by to była za część? Jeśli coś ma żyć, to co?

Istnienie życia wiecznego wymaga istnienia duszy. Doskonale wiemy, że po ustaniu procesów życiowych, nie pozostaje po człowieku nic z życia materialnego (poza dogorywającymi komórkami albo przeszczepionymi komuś organami, ale nie jest to już ten człowiek), a zatem nieśmiertelna dusza musi być niematerialna. Cóż więc takiego jest w nas niematerialnego?

Takie rzeczy jak osobowość, wspomnienia, umiejętności, inteligencja, uczucia, charakter – to wszystko definiuje nasze człowieczeństwo, nasz indywidualizm, pełnię samego siebie. To jest nami. Ktoś kiedyś powiedział (nie wiem kto, widuję ten cytat przypisywany różnym ludziom): “Ja nie mam duszy. Ja jestem duszą, i tymczasowo posiadam ciało”. Czy miał na myśli właśnie te elementy o których mówię? Zapewne tak, bo cóż by innego? Czy one są niematerialne, a dzięki temu zdolne pokonać śmierć? Nie sądzę.

Wszystkie z nich są funkcją mózgu i bez problemu możemy to obserwować. Fizyczne urazy układu nerwowego powodują zaburzenia osobowości, utratę pamięci, zdolności. Choroba Alzheimera sprawia, że ludzie nie są już tymi samymi ludźmi którymi byli. Bardzo często odurzamy się rozmaitymi roślinami i środkami chemicznymi, które bez wątpienia wpływają na naszą świadomość i psychikę. A to wszystko jest jak najbardziej materialne! Czysta fizyka, chemia czy biologia potrafią wpłynąć na niematerialną duszę? Potrafią wyplenić z osoby osobowość?

Obserwujemy nieszczęśników, którzy już za życia, wraz ze sprawnością mózgu, tracą swoją “duszę”. Dlaczego myślimy że po śmierci miałoby coś z niej pozostać? Czy tym, którzy ją stracili lub ponieśli na niej uszczerbek, po śmierci cała miałaby wrócić? Czy raczej mielibyśmy przez całą wieczność pozostać w takim stanie świadomości, w jakim zastała nas śmierć? Czy małe dzieci zostaną uwięzione na całą wieczność w swojej dziecięcej, nierozwiniętej jeszcze rzeczywistości? Albo być może “dusza” wciąż może się rozwijać i kształtować “po drugiej stronie”? Jeśli tak, to na co komu ta pierwsza strona?

Takie właśnie jest życie pośmiertne w teologiach znaczącej większości religii – od starożytnego Egiptu po współczesny Watykan, wszędzie człowiek martwy jest niemal taki sam jak żywy, lecz po prostu bez ciała (z poprawką na takie nekrofilizmy jak np. zmartwychwstanie ciał). Ma uczucia (potrafi odczuwać niebańskie rozkosze albo piekielne męki), odpowiada za swoje czyny z poprzedniego życia, pamięta je, itp. itd.

W buddyzmie, z drugiej strony, tym co pozostaje po każdym żywym stworzeniu, jest samo sedno jestestwa, sama esencja duszy, o wiele mniej rozbudowana niż to, o czym mówiłem wcześniej. To zresztą wprost wynika z dogmatu reinkarnacji – przecież po pierwsze nie pamiętamy swoich poprzednich wcieleń, a po drugie ta sama dusza może zamieszkiwać i człowieka, i boga, i roślinę i zwierzę, a zatem nie może być tak rozbudowana.

Buddyści próbują udowadniać tę doktrynę przez prawo zachowania energii. Co wcale nie działa, bo świadomość jako funkcja mózgu ukształtowanego w drodze ewolucji ani trochę tego prawa nie łamie. Zresztą, skąd niby wiadomo, że domniemany świat duchowy obowiązują te same prawa co i materialny? No, w każdym razie – sporo widać po tym dowodzie, czym właściwie jest dla buddysty dusza. Tylko energią.

Ech... Założyliśmy sobie pięknie, że istnieje życie po śmierci, no ale... Ale cóż to za życie? To, co ja definiuję jako siebie, jest w pełni zależne od mojego mózgu. Nawet jeśli coś ze mnie przeżyje, to będzie to raptem energia, a więc w sumie co mi za różnica?

Myślmy dalej. Skoro istnieje życie po śmierci, to właściwie kto i co jest podmiotem tego fenomenu? Zdaniem większości religii – wyłącznie ludzie. I tu pojawiają się schody, bo właściwie to nie jest łatwo odróżnić człowieka od nieczłowieka. Wszystkie żywe organizmy na Ziemi są kuzynami. Gdyby iść od ciebie, przez twoich rodziców, dziadków pradziadków, aż do końca, to nigdy nie natkniemy się na pierwszego człowieka. To tak jakby spytać, który piksel gradientu jest pierwszym pikselem innego koloru.

Jakby to miało wyglądać? Pewnego dnia jeden spośród człekokształtnych został tchnięty duszą? Jak to jest obudzić się rano i poczuć że dostało się duszę, choć jeszcze wczoraj było się tylko zwierzęciem? A może pierwszy uduchowiony miał ją już od urodzenia? A może cały rodzaj ludzki otrzymał ją jednego dnia sto tysięcy lat temu?

Wiele gatunków zwierząt jest bardzo “ludzkich”. Delfiny bawią się kręgami powietrza pod wodą, bonobo okazują empatię, kruki czy słonie używają narzędzi, psy są wierne i przyjacielskie... Czemu odmawiać im duszy? A jeśli nie odmówić, to gdzie niby jest granica? Jeśli jej nie ma, to nawet pantofelek ma duszę! Czy każda dusza jest tyle samo warta? Czy w niebie nie jest “tłoczno” od biliardów, jeśli nie tryliardów stworzeń które kiedykolwiek żyły? Skoro pantofelek ma duszę, to czy każda pojedyncza komórka też ma? Samego naskórka umiera mi ich codziennie cała masa! Czy one wszystkie idą do nieba? Czy ja mam osobną duszę od duszy mojej wątroby? A moje nerki osobną od każdej ze swoich komórek?

Basta! Z naszego początkowego założenia doszliśmy do absurdu. Ba, żeby to jednego! W logice coś takiego jednoznacznie stwierdza nieprawdziwość tezy. Oczywiście tutaj ciężko jednoznacznie coś takiego stwierdzić, bo w tak śliskich tematach zawsze da się znaleźć jakąś dziwaczną drogę do (pozornej albo i nie) sensowności.

W każdym razie dla mnie wniosek jest prosty – naturalistyczne wyjaśnienie życia jest nie tylko logiczne, nieabsurdalne i zgodne z wiedzą naukową, lecz przede wszystkim o wiele prostsze. Można śmiało zamachnąć się brzytwą Ockhama i uznać niematerialną duszę za zbędną hipotezę.

Ale jakie są wnioski z wniosku? Czyż perspektywa zupełnej nicości po śmierci nie jest smutna i przytłaczająca? Wręcz przeciwnie! Czemu jesteśmy tak przywiązani do tej infantylnej chciwości życia? Samo nasze istnienie jest tryliardy razy mniej prawdopodobne niż wygrana na loterii, dlaczego chcemy jeszcze więcej? Dzięki rozwojowi cywilizacji żyjemy ponad dwa razy dłużej niż ludzie parę tysięcy lat temu. Dwa razy! Cieszmy się więc z tego, a nie biadolmy, że chcielibyśmy jeszcze całą wieczność do tego!

Nie da się naprawdę w pełni cieszyć tym życiem, jeśli jest się przywiązanym do myśli o tym, które może nas kiedyś tam czekać. Skupmy się na przeżyciu jak najlepiej tego jedynego, co do którego mamy pewność, że jest.

Zło najstraszliwsze, śmierć, nie dotyka nas wcale, bo póki my jesteśmy, nie ma śmierci, a kiedy jest śmierć, nie ma nas.
(Epikur)