Berlińscy Zieloni mają szalony pomysł: zmusić wszystkich mieszkańców, by płacili na komunikację miejską, nawet jeśli z niej nie korzystają.

Żródło
(a w nim ankieta w przezajebistej formie!)

Głupie, no nie? Czemu niby kierowcy mieliby płacić za metro, które omijają szerokim łukiem?

Też tak myślałem, dopóki nie zacząłem myśleć.

Wiem, że to będzie naginanie argumentu “nie chcę płacić za coś, czego nie używam” do granic, ale co mi tam.

A więc: używając tej logiki, można by powiedzieć, że tylko ofiary przestępstw powinny finansować policję, sądy i więziennictwo. Pozostali przecież nigdy bezpośrednio nie skorzystali z ich pracy, mogli nawet w życiu nie postawić nogi na komisariacie czy w sądzie. Tak samo tylko ofiary pożarów powinny płacić na straż pożarną, a tylko ofiary wypadków na ratownictwo wodne, górskie czy medyczne.

Ale każdy wie, że to głupota. Im wydajniejszy wymiar sprawiedliwości, tym mniejsza przestępczość, a im mniejsza przestępczość, tym mniejsza szansa, że jednak staniesz się jej ofiarą. Zrzucanie się na ratownictwo dostępne dla wszystkich daje ci świadomość, że otrzymasz pomoc zawsze, nieważne czy akurat masz coś na koncie czy nie.

Ale w wielu dziedzinach życia ten argument oczywiście serio ma sens – nie możemy zmuszać do płacenia za bułki ludzi, którzy wolą chleb albo w ogóle nie jadają pieczywa. W czym więc tkwi ta różnica, która sprawia, że finansowanie bułek traktujemy inaczej niż sądownictwa? I dlaczego bilet na metro jest bardziej podobny do sądu niż do bułki?

Gdybyśmy byli jedynie zbiorem jednostek, które wymieniają między sobą dobra, usługi i walutę, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej. Ale jesteśmy społeczeństwem. Razem możemy więcej niż osobno. Mamy na siebie nawzajem znacznie większy wpływ niż nam się wydaje.

Gdy kupuję bułkę w piekarni, zwyczajnie wymieniam pieniądz na dobro. Pięknie działa sobie prawo popytu i podaży, wolny rynek kwitnie, wszystko jest super.

Ale gdy policja łapie przestępcę, czy jest to wyłącznie “transakcja” pomiędzy nią a ofiarą danego przestępstwa? Nie, całe społeczeństwo zyskuje na tym, że na wolności jest jeden złoczyńca mniej. Rośnie poziom bezpieczeństwa dla wszystkich, nie tylko tego, który zapłacił za “usługę”.

A kto zyskałby na wprowadzeniu w życie pomysłu Zielonych? Wiadomo, że pasażerowie komunikacji miejskiej (cena sieciówki spadłaby o grubo ponad trzy czwarte), ale czy tylko oni?

Utrzymanie samochodu kosztuje sporo. Samo miejsce parkingowe pod moim domem to koszt €120 miesięcznie, czyli ośmiokrotnie (!) więcej niż proponowana przez Zielonych opłata. Do tego dochodzi obowiązkowe ubezpieczenie, paliwo, koszty napraw, przeglądów, no i samego auta... Daję głowę, że spora część zmotoryzowanych uznałaby, że skoro i tak już płaci za metro, to może jednak spróbuje się na nie przestawić. Oszczędzą przy tym grubą kasę.

Owszem, stracą na swojej wygodzie, ale niewiele, bo sieć transportu w Berlinie jest na tyle dobra, że w większość miejsc da się nią dotrzeć w podobnym czasie, co samochodem.

Paradoksalnie zyskają na czasie. Jeśli codziennie spędzają godzinę za kółkiem, nie robiąc nic poza kierowaniem, to w metrze czy autobusie mogą ją wykorzystać na czytanie książki czy surfowanie po internecie.

Zyskają też na zdrowiu. Nie tylko przez to, że transport publiczny wymusza spacery ciut dłuższe niż tylko do garażu i z powrotem. Jeśli liczba samochodów w mieście drastycznie spadnie, spadnie także poziom zanieczyszczeń. Na tym, że ktoś nie wykona transakcji ze stacją benzynową, zyska nie tylko jego własny portfel, ale także płuca wszystkich dokoła. Zyska społeczeństwo.

Zdrowsi będą także ci, którzy jednak nie zdecydują się na przesiadkę na metro. Tak, ci ciemiężeni podatkiem za coś z czego nie korzystają – będą korzystać z lepszego zdrowia i mniejszych korków.

I właśnie za to tak lubię ten pomysł. Zyskują wszyscy: i pasażerowie, i ta część zmotoryzowanych, dla których transport publiczny jest lepszym wyjściem niż samochód, tylko jeszcze o tym nie wiedzą, i pozostała część, która za swoje 15€ dostanie mniejsze korki i mniejsze zanieczyszczenia, i sieć transportu, która otrzyma duży zastrzyk gotówki na rozwój. Całe społeczeństwo.

Zresztą płacenie za rzeczy, których się bezpośrednio nie używa, wcale nie musi być takie złe. Ludzie jeżdżący na co dzień metrem płacą podatki, które idą również na utrzymanie dróg. I nie narzekają. Ja, mimo że nie mam dzieci, dokładam się do finansowania żłobków, przedszkoli i szkół publicznych (choć to akurat można nazwać spłatą długów za edukację, którą sam otrzymałem). Płacę na uniwersytety, bo im lepiej one wykształcą lekarzy, tym lepiej oni kiedyś mnie wyleczą. Płacę też GEZ (abonament radiowo-telewizyjny), choć nie mam ani radia, ani telewizora. W Polsce bym oponował, bo tamtejsza tuba propagandowa PiS-u nadaje się tylko na śmietnik. Ale tutaj? Życie w wyedukowanym społeczeństwie, oglądającym wysokiej jakości, dobrze finansowane audycje to nie jest zła perspektywa.

Własny samochód rzadko jest koniecznością. Do przeprowadzki czy wypadu za miasto można zawsze jakiś wypożyczyć (a na pewno wyjdzie to taniej niż utrzymywanie własnego auta przez 365 dni w roku). Na większe zakupy do hipermarketu można pojechać np. z car2go czy DriveNow, albo zamówić je z dostawą do domu.

Owszem, niektórym z całą pewnością samochód naprawdę jest niezbędny. Ale jak wielu ich jest?

Jak wielu z nas posiada samochód głównie jako wyznacznik statusu społecznego albo z czystego lenistwa, a nie z prawdziwej potrzeby? Moim zdaniem obowiązkowy bilet na metro pomógłby zreewaluować transportowe priorytety berlińczyków i zdecydowanie podniósłby ich jakość życia. Wszystkim.