Platforma Obywatelska obiecała, że wprowadzą głosowanie elektroniczne. Ta partia nie jest znana z realizowania obietnic, więc nie boję się zbytnio, że ten okropny, okropny pomysł wejdzie dzięki nim w życie. Ale temat mnie poruszył, bo widzę, jak bardzo ludzie są zafascynowani taką opcją i jak bezkrytycznie ją popierają, myśląc, że skoro wszystko inne jest lepsze dzięki komputerom, to głosowanie też musi.

Otóż wcale nie musi.

Choć na pierwszy rzut oka może się tak wydawać, to wybory wcale nie są z punktu widzenia informatyki na podobnym “poziomie trudności” co na przykład płatności przez Internet. Ludzie myślą, że skoro mogą z poziomu przeglądarki bezpiecznie wysłać przelew na kilka tysięcy albo załatwić sprawę urzędową, to czemu miało by być tak trudno załatwić tam również i głosowanie?

W pierwszym przypadku głównym problemem do rozwiązania jest to, aby obie strony komunikacji (klient i bank, petent i urząd, itp.) miały pewność co do tożsamości rozmówcy, oraz to, żeby nikt postronny ich nie podsłuchał. Te problemy rozwiązaliśmy już dawno i wciąż udoskonalamy nasze rozwiązania.

Natomiast w przypadku głosowania dochodzi do tego kolejny element: gdy już upewnimy się, że naprawdę rozmawiamy z Janem Kowalskim, i że Jan Kowalski ma prawo do głosu, i że jeszcze swojego głosu nie oddał, musimy zapewnić mu pełną anonimowość. Nie możemy wiedzieć, jak Jan Kowalski zagłosował. Profil Zaufany zapewni nam pierwszą część, ale nie drugą. Tak samo wszystkie inne buzz words, które słyszałem od zwolenników pomysłu: rozpoznawanie twarzy, odcisków palca, a przede wszystkim ten mityczny blockhain.

Blockchain, moi drodzy, jest w gruncie rzeczy bardzo skomplikowaną i bardzo wolną bazą danych. Nie rozwiązuje problemów z elektronicznym głosowaniem. Przede wszystkim dlatego, że z definicji jest weryfikowalny.

A Konstytucja gwarantuje tajność wyborów. I bardzo dobrze!

Nie chodzi tu o to, że wstydzę się mojego głosu i wolałbym, żeby nikt o nim nie wiedział. Chodzi o integralność całego procesu.

Gdyby wybory tajne nie były, otworzyłoby to furtkę dla różnej maści matactw: kupowania głosów, zastraszania wyborców, etc. Nie można natomiast zmusić kogoś do zagłosowania w konkretny sposób, jeżeli nie ma się fizycznej możliwości sprawdzenia, jak ten ktoś zagłosował.

Problemem jest również to, że wybory elektroniczne są zdecydowanie łatwiejsze do sfałszowania. To, że tobie jest wygodniej zagłosować nie ruszając się z domu, znaczy też, że fałszerzowi wygodniej jest fałszować – on też nie musi się ruszać z domu.

Żeby sfałszować tradycyjne wybory, trzeba dużego nakładu środków. Żeby sfałszować wybory elektroniczne, w najgorszym wypadku wystarczy jedna luka w zabezpieczeniach jednego serwera, wykorzystana zdalnie z drugiego końca świata.

W tradycyjnym głosowaniu masz fizyczne lokale wyborcze, ludzi będących na miejscu, ręczących za poprawność głosowania i liczenia głosów, a przede wszystkim kontrolujących się nawzajem.

W głosowaniu elektronicznym natomiast masz system informatyczny, który dla wyborcy jest raptem czarną skrzynką kontrolowaną przez rząd. Czy serio byś mu ufał?

Wyobraź sobie że PiS otwiera “niezależną” centralę telefoniczną, w której “niezależni” telefoniści zbieraliby od ludzi głosy bez wychodzenia z domu. Uznałbyś to za wygodny sposób głosowania czy raczej za wygodny sposób sfałszowania wyniku?

Gdy dodać do tego komputery, wciąż działałoby to mniej więcej tak samo. Po prostu istniałaby opcja zweryfikowania twojej tożsamości, natomiast nie byłoby opcji, że ktoś podsłucha konwersację między tobą a centralą. Kwestia braku zaufania do centrali wciąż pozostaje nierozwiązana. Tak samo jak kwestia potencjalnego pistoletu przystawionego do twojej skroni, byś zaznaczył odpowiednie pole na ekranie.

Głosowania elektroniczne już miały miejsce w kilku krajach na świecie. Najgłośniejszym przykładem jest chyba Estonia, w której eksperyment ten okazał się być, surprise surprise, fiaskiem: Wikipedia, estoniaevoting.org

Nie wątpię, że kiedyś uda się informatykom wymyślić system, w którym integralność wyborów będzie równie (lub bardziej) bezpieczna co w przypadku tradycyjnych głosowań. Ale ten dzień jeszcze nie nastąpił. W 2019 roku nie mamy technologii by przeprowadzić wybory elektroniczne, które spełniałyby standardy demokratyczne i odpowiednie standardy bezpieczeństwa.

Co następne? Platforma obiecująca wszystkim “teleporter w każdym domu”?

Mam taki pomysł: może najpierw wynajdźmy tę technologię, a dopiero później obiecujmy wyborcom jej wdrożenie, hmm?