Ludzie wierzący lubią “udowadniać” słuszność swojej wiary tym, że... jest ich dużo. Jak to na przykład ujęto w artykule, z którego się ostatnio śmiałem: “Osoba twierdząca stanowczo, że nie ma Boga, musi zignorować najgłębsze odczucia niezliczonej rzeszy ludzi, którzy są przekonani, że Bóg jest.”

Jakkolwiek niezliczona byłaby ta rzesza, liczebność wyznawców nie ma nic wspólnego z prawdziwością wyznania. Inaczej Ziemia musiałaby zmienić swój kształt i ruch względem Słońca tylko dlatego, że ludzkość zmieniła zdanie w tej kwestii.

Ale nawet gdyby uznać, że prawda podlega głosowaniu, nawet wtedy religie są od niej dalekie.

“Aż miliard ludzi wierzy w tego samego boga co ja” może i brzmi fajnie, ale przecież oznacza też, że pozostałe sześć miliardów wierzy w innego (albo inną, albo innych, albo żadnego).

Wszystkie większe religie są ze sobą wzajemnie sprzeczne, a więc co najwyżej jedna z nich może być prawdziwa. Co oznacza, że którakolwiek by to nie była (jeśli jakakolwiek), to i tak większość świata się myli.

Czyżby bóg był tak wredny, by zdecydowaną większość swojego ukochanego stworzenia skazywać na wieczne męczarnie za tę pomyłkę?