Smutno jest mi niewymownie, gdy widzę, jak okropnie jeździ lewa strona sceny politycznej po prawej. I odwrotnie. Toż to taka bezsensowna agresja (choćby tylko słowna). Toż to tak brutalnie dzieli świat na pół, każe nam się po którejś stronie opowiedzieć, z którąś się utożsamić, aż w końcu powoli się z nią zlejesz i zatracisz swoją indywidualność. A przecież świat wcale nie jest taki czarno-biały, jak się niektórym może wydawać (trochę już zresztą o fałszywych dychotomiach tu pisałem).

Nie dziwi mnie wcale, że się tak dzielimy. Wszyscy mamy przecież potrzebę identyfikacji z jakąś grupą. A grupy najłatwiej jednoczą się przeciwko jakiemuś wspólnemu wrogowi (i nic nie stoi na przeszkodzie, by był to wróg urojony).

Ale przecież wcale nie jest to takie proste. Istnieją zarówno “lewicowi” zwolennicy wolnego rynku, jak i “prawicowi” obrońcy równości małżeńskiej. Jeśli ktoś przyszywa samemu sobie tę czy inną łatkę, to moim zdaniem łatka ta jest na tyle duża, że przysłania całą jego postać, całą gamę kolorów, poglądów i wątpliwości, które miewa.

Prawdziwie prawy prawicowiec musi mieć naprawdę ciężki dylemat czy popierać palenie tęczy, bo “pedalska” i “lewacka”, czy chronić ją, w ramach ochrony świętego prawa własności. Albo spójrzmy, o ile łatwiej jest przekonać prawicowca do zainteresowania się “lewicową” ideą Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego, jeśli się mu powie, że stworzył ją “prawacki” autorytet ekonomiczny Milton Friedman. Idea jest mniej ważna, względy praktyczne – równie nieistotne. Dla niektórych jest po prostu tak, że lewe = złe, a prawe = dobre. Albo odwrotnie.

Ileż to już było walk o to, po której z tych stron byli naziści. Niby lewa, bo narodowy socjalizm, niby prawa, bo nacjonalizm. Albo po której stronie postawilibyśmy Jezusa? (on sam siebie po żadnej, bo za jego czasów nie było jeszcze tego podziału). Głęboko wierzący socjalista? Ech, jakby o słuszności jakichś poglądów miało decydować to, czy ktoś inny, wyznający w jakimś stopniu podobne, był akurat masowym mordercą czy założycielem jakiejś religii...

Moim zdaniem, “złe” jest w tej kwestii tylko jedno – nadmierne upraszczanie. Może i jest fajnie, gdy świat jest prosty, ale niestety dalekie to od prawdy. Daje nam to do wyboru jedną z dwóch paczek poglądów (zresztą niekoniecznie spójnych wewnętrznie) zamiast prawdziwej możliwości wyboru.

Bo wychodzi na to, że nasza scena polityczna składa się z dwóch typów ludzi (a przecież tak nie jest). Jedni uważają każdego dorosłego człowieka za wystarczająco ogarniętego, by mógł samemu decydować o swoich finansach, lecz na tyle głupiego, by państwo musiało narzucać mu moralność. Drudzy natomiast twierdzą że jest odwrotnie – człowiek może się żenić z kim chce, dokonywać aborcji czy eutanazji zgodnie z własnym sumieniem, ale już żeby samemu wybrać sobie fundusz emerytalny, to już jest za głupi. Jak to w końcu jest?

Jasne, istnieje jeszcze coś takiego jak centrum, ale i tak większość postrzega je jako taką chorągiewkę, co poleci z poglądami tam, gdzie ją wiatr sondaży zawieje. Chyba jeszcze “gorzej” być kojarzonym z centrum niż z jedną ze stron lewica-prawica.

Jasne, istnieje jeszcze więcej typów podziałów, jak choćby diagram Nolana, które lepiej odzwierciedlają rzeczywistość. Ale mało kto ich używa, a nawet jeśli je zna, to i tak w rozmowach najczęściej trzyma się dychotomii lewe-prawe.

Jasne, istnieją dokładniejsze opisy frakcji czy poglądów, jak “anarchizm”, “socjaldemokracja” czy “chadecja”, ale i tak ludzie usiłują każdy z nich wcisnąć w jedną z dwóch kategorii...

Jasne, sam często używam słów “lewica” i “prawica”. Wiem, przepraszam, już nie będę. Wprawdzie tylko wobec ludzi, którzy sami się tak deklarują i zamykają w jakimś pudełku, no ale... Podział jest idiotyczny, więc wypadałoby się od niego odciąć, prawda?

Jeśli chcemy dyskusji na poziomie zamiast głupiej walki, powinniśmy zacząć właśnie od tego: przestać się dzielić, a zacząć współpracować; zacząć rozmawiać z człowiekiem, a nie z jego pozycją na sali sejmowej...