Życzenia to dziwna rzecz. Niby takie miłe i fajne coś, a jednak wcale za nimi nie przepadam. Czemu?

Nie przesadzę jak powiem, że mdli mnie, gdy słucham tych bożonarodzeniowych. Wszystkie są sztampowe, oklepane, sztuczne... I koniecznie rymowane! Jakże by tak można bez rymowanek? I zdrobnień? I bez cliché’owych obrazków słownych?

Ile można słuchać o bałwankach, prószącym śnieżku, śnieżynkach, mikołaju, choinkach, bombkach, gwiazdkach? Ile można słuchać tych samych rymowanek skopiowanych z pierwszej strony wyników w googlach? A nawet jeśli ktoś napisał je sam, to i tak przeważnie wychodzą mu takie, jakby były wygooglane... Wszystko na jedno kopyto, bez cienia czegoś osobistego.

Składanie życzeń (jakichkolwiek) wzięło się z wiary w magiczną moc języka – w to, że czyjeś błogosławieństwo czy przekleństwo potrafi jakimś cudem wpłynąć na rzeczywistość i dostosować ją do woli życzącego. Kiedyś powszechny był strach przed czyjąś klątwą, mówiło się na przykład, że złorzeczenie kobiety w ciąży na pewno się spełni, albo bano się czarownic, które ponoć miały mieć podobną moc. Oczywiście jako racjonalista nie patrzę na to w ten sposób. Zresztą mam nadzieję że większość ludzi w dzisiejszych czasach też już nie wierzy w takie bzdury, a tylko kontynuuje starą tradycję, ot tak po prostu, jako miły zwyczaj.

Szkoda tylko że tak miły zwyczaj potrafił się tak bardzo zepsuć. Bo według mnie nie ma zupełnie nic miłego w zostaniu zaspamowanym pierdyliardem masowo wysłanych copy-paste’ów z Internetu. Ale może ja dziwny jestem.

Popsuł się też strasznie w USA, gdzie nawiedzeni pseudoobrońcy wolności oburzają się, że mówienie “Merry Christmas” ich obraża i promuje jedną konkretną religię. W zamian proponują neutralny zwrot “Happy Holidays”. Doprowadzili do tego, że niektórzy, w akcie protestu, wolą używać szyderczego “Happy Whatever Doesn’t Offend You”. Wojna o te głupie dwa słowa rozgrywa się w tamtejszych mediach co roku i jest zdecydowanie zbyt intensywna niż na to zasługuje tak błahy temat. A przecież miało być miło... No cóż...

Życzenia świąteczne może i są masowe, spamowe, ale przecież istnieje masa okazji, przy których relacja między składającym a przyjmującym życzenia jest bardziej osobista: urodziny, imieniny czy śluby. Ale szczerze mówiąc, za takimi życzeniami też nie przepadam. Niezbyt mnie jara przeglądanie setki powiadomień na facebooku, że ktoś, z kim od wieków nie gadałem, zobaczył moje nazwisko w panelu po prawej i bezreflesyjnie raczył wklepać w klawiaturę “najlepszego”... Wolę schować datę urodzenia na profilu i mieć trochę świętego spokoju, bez robienia szumu wokół siebie. Urodziny samsara ;-)

Składając życzenia także czuję się głupio... Przecież ja zawsze ludziom dobrze życzę, zawsze chcę żeby byli jak najszęśliwsi. Więc kiedy mówię o tym tak “od święta”, to czuję się źle, fałszywie, sztucznie, nieszczerze. No ale czasem trzeba. Bo zwyczaj, bo inaczej nietakt. Jesteśmy niemal zobligowani do udziału w tej farsie, ech...

Ale tak czy siak, muszę przyznać, że przecież złożenie komuś życzeń jest świetnym sposobem pokazania, że się o nim pamięta (szczególnie jeśli facebook wcale nie przypominał). No i wiem, że nawet jeśli mnie one nie rajcują, to komuś mogą one mocno poprawić humor. Więc czemu by nie?

I właśnie tak podchodzę do życzeń: choć nie lubię ani ich składać, ani przyjmować, choć mnie często drażnią bardziej niż cieszą, choć odrzucam nieracjonalne podstawy, na których opiera się ten zwyczaj, to jednak: skoro komuś jest dzięki temu milej i przyjemniej, to czemu nie?

Ze szczerego serca zatem: wesołych świąt, Kochani!