Czytam sobie czasem artykuły o chemtrailsach i innych spiskach, bo są świetną kopalnią beki. Nigdy nie myślałem, żeby z nimi jakkolwiek polemizować, bo pewne steki bzdur najzwyczajniej nie zasługują na komentarz.

Ale jedno zdanie z tego artykułu bardzo mnie poruszyło:

Jedno jest pewne, nasza planeta przez miliardy lat radziła sobie sama i doskonale wiedziała, kiedy i jaki program należy uruchomić celem przywrócenia równowagi.

Tak! W pełni się z tym stwierdzeniem zgadzam! Nasza planeta ma się dobrze, od miliardów lat miała się dobrze, i jeszcze długo będzie się dobrze miała. Cokolwiek ludzie sobie na niej nie wyrabiają, dla niej to naprawdę pikuś.

Szkopuł w czym innym: to nie Ziemię musimy chronić. Musimy chronić siebie samych.

Ekolodzy mówią, że “dbają o Ziemię”, bo brzmi to mniej samolubnie niż “chronimy własne tyłki”. (I nazywają się ekologami, bo to brzmi ładniej niż sozologia). Ale dobrze wiedzą, że Ziemia ani trochę nie potrzebuje naszej ochrony. Nawet gdyby miała się jakimś cudem zmienić w jałową pustynię z naddźwiękowymi huraganami i nieustannym deszczem siarki, wątpię żeby ją to bolało.

To my, ludzkość, na tym stracimy. Jeśli zmienimy nasz dom w miejsce niezdatne do życia, zwyczajnie nie będziemy mieli gdzie żyć. Ziemia nie płakała po dinozaurach, po nas też nie będzie. Zwłaszcza, że w tym przypadku sami siebie wybijemy. Dostaniemy to, na co zasłużyliśmy.

Z ekologią się nie lubimy. Kojarzymy ekologów z czerpaniem osobistych korzyści pod przykrywką troski o planetę. Kojarzymy ich z akcjami ochrony pojedynczych drzew czy wymierających gatunków zwierząt – co, nie oszukujmy się, mało kogo obchodzi. Z tematu globalnych zmian klimatu zrobiliśmy sobie dyskusję polityczną, w której zamiast zaakceptować naukowy konsensus, należy “mieć własną opinię”. To wszystko sprawia, że myślimy o ekologii jakby chodziło w niej o jakieś roślinki albo o jakieś zagrożone żyjątko.

Nie. Chodzi o nas.

Bądźmy wreszcie egoistyczni i zatroszczmy się o własne dobro. Nie poprzez eksploatowanie naszej planety do granic możliwości bez oglądania się na konsekwencje, lecz z głową, długofalowo. Na nic się zdadzą miliony dolarów z wydobycia węgla czy ropy na czyimś koncie, jeśli niedługo ich właściciel nie będzie miał czym oddychać. Co komu z willi nad oceanem, jeśli ta willa znajdzie się dwadzieścia metrów pod wodą? Jak można cieszyć się z zysków zdobytych przez trucie innych?

PS Przypomniałem sobie, że jednak kiedyś popełniłem komentarz do podobnych bzdur: Uwaga, wszystko jest ukryte! Kajam się :(