W języku niemieckim są dwa słowa na to, co po polsku nazywa się po prostu “zazdrością”. I bardzo słusznie, bo to dwie zupełnie różne rzeczy. Kiedy widzisz, że ktoś ma coś zajebistego, i pragniesz również to mieć, to po niemiecku powiesz “ich beneide dich” = “zazdroszczę ci tego”. Kiedy natomiast chcesz mieć kogoś tylko dla siebie, mówisz: “ich bin eifersüchtig” = “jestem o kogoś zazdrosny”.

A zatem na pytanie, czy jestem zazdrosny, musiałbym odpowiedzieć: neidisch – tak, eifersüchtig – raczej nie.

Te dwa słowa są dla mnie bardzo mętne i nie do końca potrafię rozszyfrować związanych z nimi zawiłości semantycznych w różnych językach (np. angielski ma podobne rozróżnienie, na envy and jealousy). Zdaje mi się że słownikowe definicje często nieco rozmijają się z tym, jak ludzie naprawdę ich używają (na przykład po prostu używają ich zamiennie).

Dlatego pozwólcie że dla uproszczenia będę nazywał uczucie “ktoś co fajnego ma lub robi, i ja też bym chciał” niemieckim słowem Neid, natomiast uczucie “ktoś coś fajnego ma lub robi, wolałbym żeby przestał, żebym tylko ja to miał” – słowem Eifersucht.

Uczucia nie mają oceny moralnej, nie są ani dobre ani złe. Nie możemy nikogo oceniać za to, co czuje, bo to nie do końca zależy od niego, a jedynie za co robi, będąc tymi uczuciami kierowany. Jednak mimo to byłbym skłonny nazwać Eifersucht czymś złym, jako że może prowadzić tylko do zła.

Eifersucht kojarzy mi się wyłącznie negatywnie: z zawiścią i zaborczością. Nieważne, co ja mam, ważne by inni mieli gorzej. By nie mieli tego co ja. Bym miał coś lub kogoś tylko na wyłączność. Co dobrego może niby z tego wyniknąć?

Z Neid jest inaczej – wprawdzie Neid jest nieprzyjemna, ale może motywować do dobrego. Zazdroszczę komuś pięknie wyrzeźbionych mięśni, więc wstaję z kanapy i idę na siłownię. Zazdroszczę sąsiadowi nowego samochodu, więc nie wydaję kasy na pierdoły, tylko odkładam na wymarzone auto. Jeśli zazdrość ma być motywatorem do pracy nad sobą i samodoskonalenia, to jestem wielkim fanem takiej zazdrości.

Słowa eifersüchtig używa się najczęściej w odniesieniu do związków – i tam też nie znoszę tego uczucia. Nie wymagam od męża wierności, a wręcz przeciwnie – nawet trochę by mnie kręciło, gdyby wierny nie był. No bo co mi niby od tego ubędzie, jeśli on się z kimś zabawi (o ile bez niczego poważniejszego i z zabezpieczeniem)? Cieszę się jego szczęściem. Ubyło by mi jedynie wtedy, gdyby taki układ działał tylko jednostronnie.

Moje rozkminy na temat tego, jak ludzie używają różnych słów związanych z zazdrością i jak wartościują te dość podobne do siebie uczucia, zaprowadziły mnie w jeszcze jedno miejsce – do katechizmu, do listy grzechów głównych.

Po polsku grzechem głównym jest po prostu “zazdrość”. Po angielsku “envy”, ta, którą ja bym postrzegał jako raczej pozytywną. Po niemiecku tak samo, “Neid”. Gdybym ja miał pisać katechizm, umieściłbym tam raczej “zawiść”, “jealousy” i “Eifersucht”. Ale z drugiej strony słownik mówi mi że “zawiść” tłumaczy się właśnie na “envy” i “Eifersucht”, mimo że to pierwsze uznałbym za zdecydowanie negatywne, a dwa ostatnie za względnie pozytywne.

Więc może mój podział jest po prostu słaby. Widocznie język jest zbyt poplątany, by próbować go zbyt dokładnie opisać, by rozdzielić jedne znaczenia od drugich, by przypisać jedno znaczenie jednemu słowu i jeden wyraz w języku X jednemu wyrazowi w języku Y.

Jakkolwiek by jednak tych uczuć nie zamykać w słowa, jedno wiem na pewno – jeśli czujesz jakikolwiek rodzaj zazdrości, po prostu nie bądź chujem w związku z tym. Staraj się przekuć to uczucie w swój zysk, a nie w czyjąś stratę. Tobie nic nie ubywa na jego szczęściu, więc zajmij się swoim interesem. Dzięki 😉