Irlandia dokonała czegoś wielkiego. Jest pierwszym krajem na świecie, w którym równość małżeńska została wprowadzona drogą referendum. I – trzeba dodać – jest też krajem katolickim. Wprawdzie oddalającym się od Kk po fali afer pedofilskich z Najświętszym Kościołem Rzymskim w roli głównej, ale wciąż konserwatywnym. Jeszcze całkiem niedawno nawet rozwody były tam nielegalne! A teraz? Grubo ponad połowa głosujących Irlandczyków popiera równość.

Świat już stara się im dorównać. Na przykład w mojej przyszłej ojczyźnie, gdzie trzy czwarte narodu popiera pełną równość małżeńską, lecz prawnie jeszcze nie udało się tego uregulować, na nowo rozgorzała dyskusja o problemie. No ale tam to nawet Merkel, konserwatystka z chrześcijańskiej (sic!) partii CDU, za jeden z priorytetów obecnej kadencji uznała równość (lub, jak to Rzeczpospolita po swojemu ujęła: “zaniechanie sprzeciwu” wobec niej).

A w Polsce? W Polsce akurat miała miejsce kolejna próba zajęcia się sprawą. Ale nie wyszło, więc Pani Premier bardzo sobie nad tym ubolewa. Ubolewa, mimo że sama nie raczyła nawet zagłosować. Miło z jej strony, prawda?

Tuż po przegranych wyborach, otrzymawszy jasny sygnał, że wyborcy żądają spełniania wyborczych obietnic – Platforma (i pozostali) po raz kolejny odrzuciła ustawę mającą zrealizować jedną z nich.

Internety panikują, że po wygranej Dudy będą wsadzać za in vitro i wystawiać mandaty za niepójście do kościoła. A tymczasem partia, która chce nas niby przed tym okropnym PiS-em uratować, ma nas wszystkich równie głęboko w dupie. Tylko z większą dozą hipokryzji i zakłamania. I jak tu nie kochać tego państwa?

To ja już wolę zachodnich konserwatystów robiących to co słuszne, niż polskich “wolnościowców”, którzy mogą się pochwalić najwyżej tym, że są mniejszymi chujami niż ci drudzy chuje...