Nie zamierzam zgłębiać tu teologicznych grzęzawisk w temacie natury zbawienia oraz warunków związanych z jego osiągnięciem, bo ani nie uznaję teologii za jakąkolwiek wartość, ani nie wierzę w zbawienie (mówię cały czas o zbawieniu wg chrześcijan). Chciałbym tylko podzielić się krótką refleksją o tym, że jeśli doktryna ta miałaby być prawdziwa, byłaby nieludzko okrutna...

Niestety sami chrześcijanie nie potrafią ustalić żadnej wspólnej wersji, ani w tym temacie, ani w niemal żadnym innym. Muszę wybrać którąś z nich, by cokolwiek o niej napisać. Katolicka jest nudna i nijaka. Katechizm mówi bez konkretów, że zbawienie jest łaską. Żadnych wystarczająco jasnych reguł nie znalazłem, wszystko zależy od humoru cezara, od tego w którą stronę raczy skierować kciuk.

Znacznie ciekawsi są chrześcijanie ewangelikalni. Radykalni i zdecydowani. Ich zbawienie jest dla mnie przerażające.

Doktryna

Cytując Evangelical Dictionary of Theology:

zbawienie jest aktem niezasłużonej łaski Bożej, otrzymanym przez wiarę w Chrystusa, a nie przez jakąkolwiek pokutę lub dobre uczynki; grzechy są odpuszczone, człowiek jest narodzony na nowo, usprawiedliwiony, przyjęty do rodziny Bożej;

Rozwinięcie tej myśli znalazłem na mojej ulubionej ewangelikalnej stronie Got Questions ( Czy zbawienie jest jedynie przez wiarę (...)?). Streścić całość można bardzo krótko: warunkiem niezbędnym i dostatecznym dla zbawienia jest wiara w Chrystusa. Postawa zresztą nieobca również Kościołowi katolickiemu, który głosił doktrynę “Poza Kościołem nie ma zbawienia” (lub też “Poza Chrystusem (...)”).

Co w tym przerażającego?

Warunek niezbędny

Otóż przerażająca jest odpowiedź na pytanie Co się dzieje z tymi, którzy nigdy nie słyszeli o Ewangelii? Tak tak. Giną w nieskończonym ogniu piekielnych mąk bez szans na pomoc czy ulgę w cierpieniu.

Po Internecie krąży anegdota o Indianinie, który spytał misjonarza, czy gdyby nigdy nie miał okazji usłyszeć o Jezusie, to nawet wtedy byłby potępiony za niewiarę w niego. Misjonarz zaprzeczył, a Indianin odparł z wyrzutem: więc czemu mi powiedziałeś?

Katolicy uciekają od odpowiedzi na to pytanie. Głoszę to głoszę, na co drążyć temat?

Ewangelikanie, jak widać, nie. Dla nich misjonarz odpowiedział błędnie, gdyż takie podejście zaprzeczałoby sensowi ewangelizacji! A zatem niewierni muszą być potępieni, jakkolwiek dobrymi ludźmi by nie byli.

Na świecie są obecnie cztery miliardy ludzi, którzy nie wierzą w Chrystusa. Nazwanie ich gorszymi czy niemoralnymi byłoby ze strony chrześcijan niezmierną pychą. Bóg który skazywałby ich na wieczne potępienie za coś, na co mogli nawet nie mieć wpływu, osiągnąłby szczyty sadyzmu! Jakże tu mówić o miłosierdziu? Bóg wymagający wiary w siebie jako warunku koniecznego byłby kwintesencją narcyzmu.

Warunek wystarczający

Według zacytowanych i zlinkowanych przeze mnie fragmentów, wiara w Jezusa miałaby wystarczyć, by osiągnąć wieczne szczęście. Oznacza to że każdy morderca, gwałciciel czy porywacz, każda najgorsza szuja świata, może sobie robić co mu się żywnie podoba, byle tylko przed śmiercią zdążył nawrócić się na chrześcijaństwo. Jeśli wierzy, to będzie się przez całą wieczność pluskał w nieskończonej błogości.

Nie zrozumcie mnie źle, nie bronię mu tego. Oby jak najwięcej ludzi było szczęśliwych! Nawet nie cierpi na tym moje poczucie sprawiedliwości (aczkolwiek Bóg, który ma być sprawiedliwy, raczej nie powinien do takich sytuacji dopuścić). Problem jest w czym innym. Takie ustawienie wartości zagraża życiu ludzi, tych tu na Ziemi, prawdziwych i żywych.

Ślepa wiara. Nic innego nie jest ważne. To nie tyle brak motywacji do moralnego życia, co wręcz zachęcanie do popełniania zbrodni! Dostojewski pisał, że “Jeśli Bóg nie istnieje, to wszystko jest dozwolone”. A ja bym powiedział coś dokładnie odwrotnego – to wiara w tak łatwo wybaczającego Boga sprawia, że ludziom rozluźniają się zasady moralne.

Statystyki mówią, że ateistów wśród amerykańskich naukowców jest aż 97%, za to wśród amerykańskich więźniów – raptem 1%. Wszystkie wskazują na negatywną korelację między liczbą niewierzących w danym kraju a liczbą gwałtów czy rozbojów. Czemu?

Generalizując: Człowiek wyznający świecką moralność zastanawia się nad konsekwencjami swoich czynów, przede wszystkim nad tym, czy inni na tym nie ucierpią. Chrześcijanin wierzy natomiast, że konsekwencji swoich czynów można bardzo prosto uniknąć – wystarczy się z nich wyspowiadać, albo nawet tylko uwierzyć. Czyż to nie jest niebezpieczne?

Podsumowanie

Bóg, który miałby być miłosierny, a nie okrutny i próżny, przyjmowałby do zbawienia nawet tych, którzy w niego nie wierzą.

Bóg, który miałby być sprawiedliwy oraz chcieć pokoju na świecie, nie czyniłby z tej wiary najwyższej wartości.

Brzydzę się bogiem, który zbawieniu stawia takie warunki. Brzydzę się.