Wprawdzie film ten nazywa się w polskiej wersji “Było sobie kłamstwo”, ale moim skromnym zdaniem oryginalny tytuł jest o wiele lepszy – i dlatego to on w tytule artykułu. Lepszy, ponieważ nawiązuje do konwencji nazywania filmów, która obowiązuje wewnątrz uniwersum, w którym toczy się akcja.

Filmy kręcone w świecie “The Invention Of Lying” nazywają się bowiem na przykład: “Czana dżuma”, “Rewolucja francuska”, “Wynalezienie druku” czy “Wynalezienie widelca”. Tak, są równie nudne, co ich tytuły. Występuje w nich jedynie lektor, który czyta scenariusz, będący opisem wydarzeń historycznych. Nie da się inaczej. Ludzie w tym świecie nie potrafią kłamać. To po prostu nie leży w ich naturze.

Twórcy bardzo solidnie przemyśleli, co by było gdyby. I wyszedł im z tych rozkmin film będący gloryfikacją kłamstwa. Jeśli sądzisz, że powinniśmy mówić zawsze całą prawdę i tylko prawdę, albo że “white lies” są dopuszczalne tylko w ostateczności – ten film z pewnością przekona Cię, że to wcale nie jest takie proste.

Życie w świecie bez kłamstwa jest z jednej strony łatwiejsze, a z drugiej – bardziej nerwowe. Wprawdzie nie trzeba tam się zastanawiać, kto jest z nami szczery, co naprawdę o nas myśli i czy nas aby nie oszukuje – bo sam nam to po prostu powie prosto w twarz. Ale trzeba się też przygotować na całą masę niemiłych słów, ba, całe wiadra pomyj, które ludzie tutaj zatrzymują dla siebie, lecz tam – wylewają na nas bez zastanowienia. Stosunki międzyludzkie są zdecydowanie bardziej napięte, ale też pozbawione złudzeń, kłamstewek, niedomówień i innych takich problemów. Coś za coś.

Kłamstwo daje jeszcze sporo więcej niż możliwość bycia dla kogoś miłym i ukrycia tego, co się naprawdę o nim myśli. Na przykład ratuje życie. Jedną z pierwszych rzeczy, którą główny bohater filmu zrobił po wynalezieniu kłamstwa, było uratowanie znajomego przed samobójstwem. Wystarczyło skłamać, że wcale nie uważa go za człowieka bez przyszłości, i że owszem, ma ochotę spędzić z nim miły wieczór.

Kłamstwo daje nam niesamowite możliwości tworzenia. No pomyślcie, jak niby zrobić ciekawy film, w którym nikt by ani trochę nie skłamał. Żaden aktor nie udałby kogoś, kim nie jest, żaden scenarzysta nie napisałby w skrypcie czegoś, co nie miało naprawdę miejsca w historii... No właśnie, otrzymalibyśmy bezpłciową papkę, która w świecie “Wynalezienia kłamstwa” jest normą.

Jako że w głównych rolach obsadzeni są Ricky Gervais oraz Louis C.K. (próbka ich stylu: link, link), a przewodnim motywem filmu jest kłamstwo, to nie mogło w nim zabraknąć religii. Oj, jadą po niej jak po burej suce. Czyli w sumie jak to oni zwykle.

Religia jest tylko skutkiem ubocznym kłamstwa, które wymknęło się spod kontroli. Kłamstwa w dobrej wierze – bohater chce tylko ulżyć w ciepieniu swojej umierającej matce, która strasznie boi się nicości po śmierci. Mówi jej, że po śmierci wcale nie ma pustki, lecz raj, bez cierpienia i bólu, gdzie każdy dostaje na własność piękną willę i może spotkać swoich bliskich. Niestety, słyszy to zbyt wiele osób, a każdy wierzy w to bez cienia wątpliwości – tam przecież każdemu we wszystko się wierzy.

Bohater jest zmuszony przybrać rolę proroka i wymyślić całą teorię “Faceta w Niebie” wokół swojego kłamstewka. Przy okazji wyśmiewana jest niespójność religii i naiwność jej wyznawców. Bardzo w stylu amerykańskich standuperów. Ale jedno do nich nie pasuje – pokazali religię jako coś, co może i jest fałszywe, ale jednak pozytywne, dające ludziom nadzieję i szczęście. Czy na pewno? Polecam obejrzeć samemu.

Obejrzeć i przemyśleć. Bo ten film to wprawdzie komedia, ale zmuszająca do myślenia – czyli mój ulubiony rodzaj. Czy kłamstwo jest dobre czy złe? Pożyteczne czy szkodliwe? Grzeszne? Czy szczęście jest ważniejsze od prawdy? A może ona wcale nas szczęścia nie pozbawia?