Dziś będzie na pograniczu filozofii (życiowej) i pedalstwa. To drugie, wbrew pozorom, potrafi bardzo pozytywnie wpłynąć na pierwsze i wielu dobrych rzeczy człowieka nauczyć.

Chciałbym napisać na temat wyzbywania się głupiego wstydu, infantylnego strachu pt. “co ludzie powiedzą”. Jakkolwiek bym jednak nie próbował go ugryźć, zawsze punkt wyjścia znajduję w swojej własnej orientacji, więc przykro mi, będzie musiało być o tym... I przykro mi, że będę musiał bardzo uogólniać, mówić o “przeciętnym geju” i “przeciętnym heteryku”, mimo że takie twory nie istnieją. Ale inaczej musiałbym ugrzęznąć w zawiłościach tematu i bezmiarze różnorodności ludzi... A teraz ad rem:

Pierwszym etapem każdego coming outu jest pogodzenie się z samym sobą, powiedzenie sobie otwarcie “jestem gejem”. To może być długotrwały i trudny proces, ale bez niego jest jeszcze trudniej – człowiek żyje w kłamstwie, żyje wbrew samemu sobie, nie wie, kim jest ani czego chce. Ale potem jest już z górki. Wprawdzie mogą go czekać jeszcze niemałe problemy z reakcją rodziny i znajomych, ale przynajmniej wie już na czym stoi i w którą stronę chce iść. Bez tego ciężko gdziekolwiek dojść. Natomiast pogodzenie się z sobą otwiera człowieka na świat.

Dlaczego geje ubierają się i zachowują tak “pedalsko”? Zapewne jest od groma powodów, ale ja bym powiedział, że przede wszystkim dlatego, że po prostu nie boją się tego robić. Mogę się założyć, że jest wielu heteryków, którym podobają się no na przykład rurki, ale w życiu ich nie założą, bo “przecież będę wyglądał jak pedał, co kumple powiedzą?”. Natomiast przeciętny otwarty gej powie sobie “no przecież jestem pedałem, więc co mi tam”. Który z nich jest wolny? Który robi to czego chce? Którego nie ograniczają fanaberie społeczeństwa?

Czasem potrzeba wiele lat, żeby dojrzeć do takiej postawy. Chociaż... ostatnio sporo się w społeczeństwie pozmieniało, teraz może już przychodzi to łatwiej, sądząc po tym, że w liceach (ba, w gimnazjach!) widuję całujące się pary lesbijek, podczas gdy sam dopiero w klasie maturalnej zacząłem coś tam nieśmiało przebąkiwać...

For the record: nie mówię, że tylko geje są tacy otwarci i wolni, ani nie mówię, że wszyscy geje tak mają. Po prostu w moim przypadku to właśnie głównie dzięki temu wyrobiłem w sobie taką postawę życiową. Ot, jedni znajdują wolność medytując na pustelni, inni szlajając się czasem po pedalskich klubach...

Ano właśnie, warto czasem zajrzeć do gejowskiego klubu. Zadziwiające, jak bardzo może się różnić tamtejsza atmosfera od tej w “normalnych” miejscach. Możesz zachowywać się jak tylko ci się podoba (nie agresywnie, oczywiście) i nikomu nie będzie to przeszkadzało. Możesz wyglądać jak ciota, możesz gadać jak ciota, możesz mówić o sobie w rodzaju żeńskim, mimo że jesteś facetem, i nawet się na ciebie krzywo nie spojrzą. Ba, drag queen są tam atrakcją, a nie dziwadłem. To fascynujące jak nieistotne mogą być różnice płci, jak można traktować człowieka jak człowieka, a nie jak mężczyznę czy kobietę, jak homo, bi czy hetero, jak dziwaka czy “normalnego”, jak czarnego czy białego. Po prostu jak człowieka. Każdy jest wartościowy. Czasem warto zaszaleć, poświrować, przebrać się za kobietę – tylko po to, by tę subtelną prawdę zauważyć. Aby otworzyć się na różnorodność. Sam mówiłem o sobie “zrobiłam”, “byłam”, mimo że nie mam w sobie nic z trans, aby tak choćby symbolicznie przekroczyć granice płci, w których zamknęła nas natura. Granice to nigdy nic dobrego.

Warto czasem zajrzeć na nagą plażę. Tam też ograniczeń jest mniej, a atmosfera sprzyja otwartości, ekspresji i poczuciu wolności. Ale o tym już się kiedyś rozpisywałem [→ Naturyzm], już starczy.

Przeprowadziłem ostatnio zupełnie nieudany eksperyment na swoich włosach. Wyglądałem komicznie. Ale nie miałem problemu z wyjściem tak na ulicę, zupełnie jakby te włosy nie istniały... Zbiła mi się ostatnio szybka w telefonie, jako że byłem zupełnie nieświadomy jego kruchości i potrzeby otulenia go w bumpera. Koleżanka pożyczyła mi jednego ze swoich – jebutnie różowego, wybitnie pedalskiego. Z jednej strony jest słodki, z drugiej, cytując kumpla, telefon “wygląda w nim jak wagina”. Ale jakoś nie odczuwam wstydu czy strachu, gdy wyciągam go z kieszeni. Zupełnie na luzie.

Dla niektórych brzmi to może banalnie, ale dla mnie, kogoś kto jeszcze parę lat temu ciężko przeżywał większość interakcji z ludźmi i układał sobie w głowie każdą rozmowę telefoniczną, jest to wielkie osiągnięcie.

Źycie jest z tym o wiele prostsze i przyjemniejsze. Opinia innych ludzi jest zupełnie nieistotna. Samsara, marność nad marnościami. Przejmowanie się nią to tylko strata czasu i nerwów. Świat jest piękny właśnie na ten sposób, w jaki Ty go lubisz!

Kilkaset, kilka tysięcy, czy nawet kilka milionów lat, to wciąż śmiesznie mało w perspektywie wieku wszechświata. A po tym czasie ani po Tobie, ani po innych ludziach nie zostanie żaden ślad. Masz do wykorzystania te kilkadziesiąt lat na Ziemi, więc nie zmarnuj ich na przejmowanie się tak efemerycznymi rzeczami jak cudze fanaberie, tylko bądź sobą, szukaj szczęścia niezależnie od tego, co kto inny sobie o tym może pomyśleć!

For the record: Przestrzegam tylko, żeby zachowywać w tym wszystkim rozsądek. Bycie sobą jest spoko, jeżeli najgorszym co za to grozi jest krzywe spojrzenie nieznajomego albo “umoralniające” kazanie matki. Natomiast w żadnym wypadku nie polecam się przesadnie wyróżniać będąc na przykład na spacerze po warszawskiej Pradze po zmroku... ;)

Wracjąc do rzeczy... Wstyd powinniśmy odczuwać wtedy, gdy zrobimy coś złego, skrzywdzimy kogoś, zranimy... I tylko wtedy! Jeśli jakiś moher powie Ci “bezwstydniku” za to, że nie boisz się tego, kim jesteś, to czy jest to bardziej obraza czy komplement? Życie jest szczęśliwe tylko wtedy, gdy jest Twoje. Jeśli żyjesz według cudzych standardów, spełniając cudze wizje, zniewolony cudzą opinią, to co Ci po takim życiu? Wolność jest w Twojej głowie! Czasem warto zaszaleć, zrobić coś głupiego i przegiętego, żeby potem móc w małych sprawach tę wolność zachować?

Na deser piosenka idealnie pasująca do tematu. Miłego ;-)