Wolność myśli

Jestem wielkim fanem wolności. Szeroko pojętej: czy to w gospodarce, polityce, czy w życiu prywatnym. Ale najważniejsza wolność pochodzi z wewnątrz, przy niej wszystkie inne są niemal bez znaczenia. Można żyć pod zaborami, w państwie totalitarnym albo w więzieniu, a mimo to być człowiekiem wolnym. Bo to jest w nas.

Niektórzy jednak są jak ten osiołek na zdjęciu obok. Sami na siebie zakładają mentalne kajdany. Są zniewoleni przez własną głowę. Mogą wszystko, ale nie wiedzą, że mogą. Albo nie przyjmują tego do wiadomości. No jakże tu walczyć z samym sobą?

Niektórzy wszędzie doszukują się znaków. Nie potrafią żyć bez myśli, że całym ich życiem steruje jakaś wyższa świadomość, która daje im subtelne i niejasne znaki, jak powinni postępować. To się przeradza w obsesję. Jakże to, modlę się do Boga, a on nie odpowiada? Mam ogromny dylemat, a on nie chce mi dać rady? Przecież nie może być tak bezduszny, nie mogę go nie obchodzić! O! Na pewno on chce mi coś przekazać za pomocą kształtu tej chmury!

Mam znajomego, targanego wątpliwościami w kwestiach wiary, któremu sam Bóg powiedział, żeby trzymał się jak najbliżej Kościoła katolickiego. Jak? To proste – im dalej był od Kk, tym mniej się układało w jego życiu. Gdy szedł na nabożeństwo do ewangelików, było ciut gorzej niż zwykle. Gdy w niedzielę zdecydował nie iść nigdzie – już totalnie coś się psuło. Wniosek: im bliżej Kk, tym bardziej God approved.

Gdy przyśni Ci się, że Twoja ciotka złamie rękę, a po dwóch tygodniach Twój szwagier łamie nogę, czy uznasz swój sen za proroczy? Bardzo wielu – owszem, uzna. A przecież to głupie! Możemy bez problemu oszacować prawdopodobieństwo tego, że któryś z wielu naszych znajomych złamie, skręci, stłucze, czy skaleczy którąś z wielu części ciała, i jest to na tyle dużo, żeby wywnioskować absolutny brak korelacji między naszym snem a jego urazem. A jednak czasem ciężko nam nie stworzyć sobie w głowie tej fałszywej zależności przyczynowo-skutkowej.

Kiedyś telewizyjni magicy zadziwiali widzów sztuczką, w której wykonywali jakieś magiczne gesty, mruczeli formułki, i sugerowali, że właśnie mocą umysłu zatrzymali niektórym ludziom zegary w domach. Po chwili dzwonili oszołomieni widzowie, mówiąc, że istotnie, ich zegary nagle się popsuły. Pomyślmy... jeśli program ma kilka milionów widzów, każdy z nich ma w domu kilka zegarów w różnych pokojach, być może też zegarek na rękę, i jeśli, powiedzmy, każdy zegar losowo psuje się lub wyczerpuje się mu bateria średnio raz na rok, to jak wiele spośród tych dziesiątek milionów zegarów po prostu odwali kitę akurat w czasie tej jednej godziny trwania pokazu magika? Kilka sztuk na pewno. Tak ot, po prostu, losowo. W czym więc niby wyczyn magika? Tylko w tym, że rozumie matematykę dużych liczb. Na wizji po prostu stwierdza oczywistość – przez najbliższą godzinę kilka zegarków w tym kraju się popsuje. Banał, prawda? Ale wystarczy zasugerować, że to on jest tego przyczyną, by miliony ludzi uwierzyło w jego magiczne moce...

Tak samo jest z tymi znakami od Boga. Człowiek zniewolony własnym magicznym myśleniem, w momencie podjęcia decyzji “nie pójdę dziś do kościoła”, przestawia się w tryb “zobaczę co Bóg na to”. Nawet jeśli Bóg będzie milczał, to on i tak doszuka się jakichś znaków od Najwyższego. Ptak mi nasrał na samochód. Normalnie pewnie pomyślałby po prostu “grrrr... no zdarza się”, wytarł szybę i odjechał. Ale gdy jest w trybie “zobaczę co Bóg na to” nagle zaczyna w tym właśnie widzieć jakiś głębszy przekaz.

Czekając na znak, często sami już doskonale wiemy, co nam on przekaże. Bo sami go interpretujemy tak jak chcemy. Dostałem piątkę z kolokwium? Nie, to nie może być znak, przecież Bóg musi się gniewać, że nie chodzę do kościoła. Dostałem tę piątkę, bo się uczyłem... Żarówka w pokoju mi się przepaliła? O rany, to na pewno dlatego, że Bóg jest na mnie wściekły!

Też tak kiedyś miałem. Wyobrażałem sobie niestworzone rzeczy. Marnowałem pełno czasu na racjonalizowanie sobie pewnych zdarzeń, zamiast po prostu się z nimi pogodzić. Męczyłem się mentalnie, próbując pogodzić ze sobą rzeczy, które istniały tylko w mojej głowie. Męczyło mnie czekanie na jakąkolwiek odpowiedź od Boga, nie przyjmowałem do wiadomości, że on mi po prostu nigdy nie odpowie. Nawet wmówiwszy sobie, że odpowiedział mi poprzez jakieś byle głupstwo, miałem ogromny problem, skąd ja właściwie mam wiedzieć, jak to zinterpretować?

Wikipedia twierdzi, że magiczne myślenie“jest charakterystyczne dla myślenia przedoperacyjnego u dzieci, cywilizacji prymitywnych, schizofrenii oraz nerwicy natręctw” [1]. Ja jednak napisałbym raczej, że jest charakterystyczne dla większości populacji. Znam kobietę, która po każdym upadku czy urazie wmawia sobie “nic się nie stało, to się nie wydarzyło, nic mnie nie boli” i wierzy, że dzięki temu naprawdę nie będzie jej bolało. A wcale nie ma schizofrenii ani nerwicy natręctw. Znam masę ludzi, dla których powiedzieć “to jest ciało moje” znaczy tyle, co sprawić, że to naprawdę jest ciało. A prawie żaden z nich nie klasyfikuje się przecież do psychiatryka.

Gdy przypominam sobie, jakim grzęzawiskiem myśli była moja głowa, gdy jeszcze byłem niewolnikiem magicznego myślenia, aż ciężko mi sobie wyobrazić, jak mogłem żyć w takim stanie. Jak można dojść do jakiegokolwiek sensownego wniosku, jeśli każda myśl jest przyćmiona mgłą bezpodstawnych założeń i usilnego doszukiwania się znaków? Nawet nie mam porównania wtedy z teraz. Jasność umysłu jest rzeczą tak piękną i tak cenną, że teraz już za nic bym jej nie poświęcił na rzecz jakiegokolwiek zabobonu czy mitologii. I współczuję ludziom, którzy nigdy tego nie doświadczyli...

Wolnomyśliciel to ktoś, czyj umysł nie jest skrępowany dogmatami, magicznym myśleniem, mentalnym strachem, przesądami...

Różnica między wierzącymi a niewierzącymi sama w sobie jest niewielka. Są przecież tacy, co niby wierzą, ale w sumie to mają to wszystko gdzieś. Są tacy, którzy niby nie wierzą, ale już czarnego kota to się boją (bez przemyślenia zastąpili jedne zabobony innymi). Prawdziwa różnica jest właśnie tu, w fundamentach sposobu myślenia: z jednej strony mamy wolne myśli, a z drugiej – kajdany krępujące osiołka...

Related posts:

Dziś będzie na pograniczu filozofii (życiowej) i pedalstwa. To drugie, wbrew pozorom, potrafi bardzo pozytywnie wpłynąć na pierwsze i wielu dobrych rzeczy człowieka nauczyć.

Chciałbym napisać na temat wyzbywania się głupiego wstydu, infantylnego strachu pt. “co ludzie powiedzą”. Jakkolwiek bym jednak nie próbował go ugryźć, zawsze punkt wyjścia znajduję w swojej własnej orientacji, więc przykro mi, będzie musiało być o tym... I przykro mi, że będę musiał bardzo uogólniać, mówić o “przeciętnym geju” i “przeciętnym heteryku”, mimo że takie twory nie istnieją. Ale inaczej musiałbym ugrzęznąć w zawiłościach tematu i bezmiarze różnorodności ludzi... A teraz ad rem:

Continue reading…
(~5 min read)

Większość nauk buddyjskich człowiek zachodu może dość łatwo zrozumieć. Nirwana, jak się bardzo uprzeć, to takie nasze niebo. Reinkarnacja jest już wręcz cliché. Samsara też spoko, ot taka metafizyczna wersja Matriksa. Nic nie istnieje, wszystko to ułuda, no spoko.

Continue reading…
(~5 min read)