Ileż to razy słyszę zwrot “wojujący ateizm” w znaczeniu mocno pejoratywnym i sugerującym, że gdyby nie to “wojujący”, to resztę można by uznać za całkowicie normalny punkt widzenia. Ale jak już ateizm jest “wojujący”, to to zło wcielone i atak na wszystkie świętości.

Cóż za hipokryzja! Bo ci sami ludzie pięć minut później potrafią powiedzieć, że “religia zatraciłaby samą siebie” gdyby wycofała się z życia publicznego, że “bycie chrześcijaninem” wymaga publicznego wyznania swojej wiary, bronienia jej oraz głoszenia, ewangelizowania...

Pewien ksiądz prowadzi akcję sprzeciwu wobec aborcji pod hasłem “nie bądź cicho!”. Gdy jednak chce się z nim porozmawiać, mając inne poglądy, to jego podejście nagle zmienia się w “a siedź cicho!”. Nagle każde słowo oponenta staje się “homopropagandą” i “atakiem na Kościół”...

Takie podejście zdradza strach i brak argumentów. Normalnie przecież powiedziało by się “mylisz się, a oto dlaczego” i czas miło by zleciał na jakiejś konstruktywnej dyskusji. Jeśli jednak mówi się “nie powinieneś tego mówić, tylko ja mam prawo do głoszenia swoich poglądów, ty nie”, to chyba coś jest nie tak. Jasne, takich rzeczy jak nazizm i komunizm zabraniamy propagować, bo to zbrodnicze ustroje, obdzierające człowieka z praw i godności, a i tak istnieją z pewnością jacyś debile gotowi do nich powrócić. Ale ateizm? Czemu zabraniać (jak nie prawnie, to “społecznie”) propagowania ateizmu?

Ludzie nie lubią słuchać rzeczy, z którymi się nie zgadzają. To najzupełniej normalne. Szczególnie jeśli druga strona brzmi przekonująco lub przedstawia dowody, bo wtedy pojawia się dysonans poznawczy i podświadomy opór. Ciekawią mnie tylko wyjątki od tej reguły. Jak ten, że chrześcijan wcale nie przeraża, nie “boli”, dyskusja na przykład z muzułmanami albo protestantami. Ot, ja wierzę w to, on w co innego, no big deal. Ale gdy już ktoś w nic nie wierzy, o, to co innego! On lepiej niech siedzi cicho. Wielu ludziom wierzącym nie przeszkadzają także najróżniejsze wróżki, tarociści, astrologowie czy homeopaci – jedni mają to wszystko za bzdury, inni nie, ale mało kto uważa to za zagrożenie dla swojej wiary. Nie słyszymy zarzutów o bycie “wojującą wróżką” ani sugestii by trzymała to dla siebie. Hmm...

Śmieszy mnie bardzo, gdy ludzie religijni chcą zdyskredytować ruch wolnomyślicielski, porównując go do... religii! Tak jakby sami uważali, że religia to coś złego. Ale tak czy siak, te porównania są zdecydowanie chybione. Richard Dawkins nie jest “prorokiem” ani “papieżem ateizmu”, ani nikogo nie usiłuje “nawracać”. Jest profesorem biologii i zajmuje się uczeniem studentów oraz pracą naukową. Tak się złożyło, że stał się sławny za sprawą krytyki religii, więc krytykuje ją dalej (krytykuje, a nie tworzy własną). “Nawracaniem” to były krucjaty, inkwizycja i działania niektórych konkwistadorów, a w dzisiejszych czasach – grożenie ludziom, że jak nie zmienią wiary, to zginą w nieskończonych męczarniach piekielnych. Czy Dawkins “nawraca”? Dawkins raptem pisze książki i udziela wywiadów!

Nie znam ani jednej osoby, która krytykowałaby religię z powodu własnej wredności czy głupiego buntu. Tak samo przecież abolicjoniści sprzeciwiali się niewolnictwu z powodów altruistycznych, nie egoistycznych. Czy im też mówiono “możecie sobie wierzyć w wolność, ale nie propagujcie tego”? Nie zdziwiłbym się, gdyby mówiono.

Jaki jest zysk ateisty z tego, że ktoś przestanie wierzyć? Ot, satysfakcja, że pomógł komuś uwolnić własny umysł od przesądów. I tyle. Żadnych dziewic w raju za to nie oczekuje.

No ale powiedzmy, że toczy się jakaś “wojna”, w której niewierzący “wojują” (nawet jak niezbyt mają o co). Uogólnijmy sobie, że po jednej stronie barykady stoją apologeci wszelakich religii, a po drugiej “wojujący” wolnomyśliciele, antyklerykałowie i wszystkie inne “wcielenia szatana”. Muszę przyznać, że ci drudzy są w o wiele bardziej komfortowej sytuacji. Nie mają nic do stracenia. Traktują religię jako hobby, a “nawracanie” to może jako wolontariat w wolnej chwili... Gdyby “przegrali” tę “wojnę”, co najgorszego by im się stało? Ot, musieliby przełknąć gorycz porażki, schować dumę w kieszeń i przyznać, że się mylili. Koniec.

Wierzący natomiast mają do stracenia wszystko. Dla każdego z osobna “przegrana” oznacza utratę wiary. Czegoś, co wydaje się im niezmiernie cenne, bez czego nie wyobrażają sobie życia. Dla instytucji natomiast “przegrana” oznacza totalną anihilację. Kościół bez wiernych jest niczym. Ksiądz bez owieczek nie ma źródła utrzymania. I najczęściej to nic innego w życiu robić nie umie. Wygranie “wojny” z rozumem to dla wszelakich kościołów ich być albo nie być.

Tak więc jeśli miałbym cokolwiek złego powiedzieć o walczącym wolnomyślicielstwie, to właśnie to: gdzież w tym wszystkim honor, skoro nie walczymy, nie mając nic do stracenia? ;-)

Oczywiście z przymrużeniem oka, są przecież rzeczy ważniejsze niż jakiś tam “honor”. Dopóki kobietom rytualnie niszczy się genitalia, dopóki czyni się dzieci naukowymi analfabetami, wciskając im w głowę kreacjonistyczne brednie, dopóki są kraje gdzie za apostazję grozi kara śmierci... dopóty nie wolno nam spocząć w krytykowaniu głupoty. Amen.