W sumie to trochę się tego tekstu wstydzę. Zdążyłem przestać się zgadzać z własnymi słowami, a trochę szkoda, bo spędziłem długie godziny na ich spisywaniu, poprawianiu i przerabianiu... Ale uznałem, że warto się nimi podzielić, choćby dlatego, że ukazują historię mojego poszukiwania prawdy.

Kolejne wersje tego pliku oznaczałem sobie tak samo, jak oznacza się wersje oprogramowania. Ta załączona poniżej ma numer 6.4., natomiast ja wyznaję 7.0. (tak zwięzłą, że aż nieistniejącą).

Tyle właśnie razy mój system wierzeń przewracał mi się do góry nogami. Począwszy od bezmyślnego katolicyzmu (powiedzmy, że to było 0.0.), poprzez powolne odrzucanie wszystkich świętości, od najbardziej prymitywnych (jak czczenie relikwii czy obrazków) po te bardziej wyrafinowane, aż do całkowitego wyzbycia się tego, co dziecięce.

W całym tym procesie rzuca mi się w oczy przede wszystkim jedna słabość: przywiązanie. Coś, z czego wyleczył mnie dopiero de Mello, a i tak nie do końca. Byłem przywiązany strasznie. Bo niby rozum ryczał mi z bólu, kiedy w kościele modliliśmy się do obrazka i recytowaliśmy puste formułki, a jednak coś nie pozwalało się od niego zbyt daleko oddalić. Niby porzucenie Kościoła jakoś już przełknąłem, a jednak wciąż widziałem potrzebę (konieczność wręcz) zastąpienia go czymś innym – wprawdzie pozbawionym przesądów i głupot, lecz wciąż oferującym rytuały i poczucie wspólnoty.

Nie sposób też nie zauważyć, jak bardzo łaknąłem unifikacji. Tak jak fizycy poszukują teorii wszystkiego, która w kilku prostych równaniach zawrze pełen opis wszechświata, tak ja potrzebowałem zespolić sobie wszystkie religie w jedną, znaleźć ich wspólny mianownik, którego istnienie miało być dowodem istnienia głębszej prawdy. Chciałem udowodnić, że wszystkie są prawdziwe tą jedną wspólną prawdą, lecz po prostu zanieczyszczone.

Bo nie ma żadnego racjonalnego powodu, by wybrać jedną z nich, a odrzucić pozostałe. Jeśli wszystkie inne prócz mojej są fałszywe, to moja, oparta na tym samym braku dowodów co pozostałe, musi być równie fałszywa. Przywiązanie kazało mi wyznawać cokolwiek, byle wyznawać. Dlatego jedynym wyjściem było udowadnianie, że wszystkie są prawdziwe.

Długo zajęło mi zauważenie, że nie są. Że ten ich wspólny mianownik, owszem, istnieje, ale nie jest żadnym tajemniczym, nieopisanym duchem Wszechświata. Jest zwyczajnym strachem. Strachem przed śmiercią.

Religie powstają dlatego, że ludzie boją się nieznanego, na czele właśnie ze śmiercią. Potrafią wyznawać najgorszą, najbardziej oderwaną od rzeczywistości głupotę, byle nie zmierzyć się z tą prawdą, że ich życie kiedyś się skończy, a potem już nic nie będzie...

Moją unifikację widać bardzo wyraźnie. Cytuję i myślicieli Zachodu, i mistyków Wschodu, i naukowców, i ateistów. Ech, cytuję... Mam wrażenie, że cytatów jest tam więcej niż moich własnych słów (może nie objętościowo, ale wartościowo). Tak bardzo się bałem cokolwiek napisać, tak dokładnie ważyłem każde słowo. Z każdą nową wersją usuwałem jakieś zdanie i beształem sam siebie, jak mogłem być kiedyś tak głupi. I wciąż się dziwię, że mogłem, stąd ten mój przydługi wstęp, w którym próbuję się wytłumaczyć z mojej młodzieńczej głupoty...

Po historii tego pliku widzę też swój młodzieńczy bunt. Wprawdzie cichy, niewychodzący poza własny dysk twardy, cierpliwie czekający, aż mi się światopogląd ustatkuje, ale jednak bunt. Jeszcze do piątej wersji połowa tekstu była odpowiedzią na pytanie w co i dlaczego nie wierzę. Była wrednym wyśmianiem irracjonalności wszystkich religii (na czele z tą, którą mnie za młodu zarażono). Natomiast w szóstej wersji z tego zrezygnowałem. Wolałem skupić się na tym, co ważniejsze.

Teraz jednak rozumiem, że ważniejszego nie ma. Religia jest trucizną zatruwającą umysły już od młodości, wyplewiającą z nich rozsądek i samodzielne myślenie, skłaniającą do czynienia strasznych zbrodni, przeraźliwie zakłamującą rzeczywistość i do cna fałszywą. Na nic nie zasługuje bardziej, niż na wyśmianie i zdemaskowanie.

Religia jest chwastem niezmiernie trudnym do wyplenienia. Poniższy tekst pokazuje jeden z etapów mojej drogi przez mękę, ku wolności od zabobonów. Było ciężko. I jestem dumny, że się udało.