Wiara jest z definicji przyjęciem czegoś za prawdziwe mimo braku dowodów, albo nawet wręcz mimo dowodów na coś zupełnie przeciwnego.

Dowód. Słowo-klucz.

Nie ma żadnego innego sposobu na jednoznaczne stwierdzenie, czy coś jest prawdziwe czy nie, jak tylko przez dowód. Nie ma innego źródła wiedzy. Wiem, że Ziemia jest okrągła, bo mam dowody empiryczne czy choćby fotograficzne. Wiem, że różnorodność życia na Ziemi rozwinęła się w procesie darwinistycznej ewolucji, bo mam tysiące wzajemnie wspierających się dowodów na tę teorię i ani jednego sprzecznego z nią. Wiem, że twierdzenie Pitagorasa jest prawdziwe, bo przeczytałem i zrozumiałem niejeden jego dowód matematyczny.

Nie wierzę w homeopatię, bo mimo wielu badań naukowych, nie udowodniono jej skuteczności większej niż każdemu innemu placebo. Nie wierzę w astrologię, wywoływanie duchów, horoskopy...

Więc czemu wierzę w Boga?

Przecież na istnienie Boga żadnego przekonującego dowodu nie ma. Tomasz z Akwinu wymyślił ich pięć, ale Immanuel Kant rozprawił się z nimi wszystkimi. Zresztą sam Tomasz nazywał swoje tezy tylko “drogami”, a nie “dowodami”, i mówił, że człowiek jako istota niedoskonała nigdy nie będzie w stanie poznać istoty doskonałej ani udowodnić jej istnienia. Sam też wykazał błędy w “dowodach” Augustyna i Anzelma.

Dla przykładu: “jeśli rzeczy wykazują różną doskonałość, to istnieje byt najdoskonalszy” (dowód ex gradibus perfectionis Tomasza). Na tej samej zasadzie można by powiedzieć, że skoro istnieją rzeczy o różnym stopniu zieloności czy smrodliwości, to istnieje też Największy Zielony Byt tudzież Największy Smrodziciel, i że to on jest Bogiem. Cóż, pozostałe “dowody” są równie mało przekonujące. (Tak na marginesie: nawet jeśli któryś jednak by kogoś przekonywał, to wciąż z samego faktu istnienia Boga nie da się wnioskować, że jest to akurat bóg danego wyznania, że nazywa się Jezus, a nie na przykład Ozyrys czy Thor...)

W każdym razie – jednoznacznego dowodu nie mamy i raczej nigdy nie będziemy mieli. Ani na istnienie ani na nieistnienie. Jedyne co możemy śmiało powiedzieć, to że “hipoteza Boga jest wysoce nieprawdopodobna” (Richard Dawkins). Dlaczego zatem wierzę?

No cóż... Panteiści zdecydowanie nie mają problemu z udowadnianiem istnienia Boga, no bo jakże tu udowadniać istnienie wszystkiego? A czy nazwiemy to wszystko Bogiem, Naturą, Wszechświatem czy nawet i Zdziśkiem – nieistotne. Fascynuje nas ogrom wszechświata, czujemy się mali wobec potęgi natury, widzimy niezwykłość we wszystkim co naturalne, dla nas całe życie jest cudem, a każdy człowiek bratem. Zupełnie nieistotne czy ktoś uzna to wszystko za religię czy nie, czy Bogu przyznamy osobowość czy nie... To jest poniekąd mistyczne spojrzenie. A jak mówił Leszek Kołakowski “Żaden mistyk nie próbował „udowodnić” istnienia Boga; byłoby to dlań tyle, co dowodzić, że miód jest słodki, albo woda mokra”.

Moja wiara w Boga bez dowodu nie stanowi dla mnie problemu również z innego powodu. Mianowicie – jestem w pełni świadomy faktu, że z mojej wiary zupełnie nic nie wynika.

Ta wiara nic nie zmienia. Tak czy siak żyję, jakby Boga nie było. Ale, jakkolwiek to dziwnie nie zabrzmi, w dobrym tego zdania znaczeniu.

Wielu ludziom religijnym ich bezpodstawna wiara wywraca całe życie do góry nogami. Zmienia im poglądy, zmienia im plan tygodnia, robi z nich kukiełki kłaniające się posążkom, skłania do potępiania innych ludzi, organizowania krucjat czy inkwizycji... Ich wiara jest podstawą tworzenia ogromnych instytucji, przejmowania olbrzymiej władzy, która narzuci wiernym, co tylko chce. Ich wiara determinuje ich podejście do śmierci, ich moralność, ich spojrzenie na świat. I robi to wszystko najzupełniej bezpodstawnie...

Moja wiara natomiast nie wpływa na nic. Po prostu jest ładną ideą, która porządkuje mi myśli w głowie i upiększa rzeczywistość. Nie załamałbym się, gdyby kiedyś miała się okazać nieprawdziwa. Moje poglądy są moje, a nie wchłonięte bezmyślnie ze “świętej” książeczki. Są oparte o dowody, argumenty i przemyślenia. Staram się być dobrym człowiekiem nie dlatego, że ślepo wierzę w jakąś karę czy nagrodę po śmierci, ale dlatego, że zwyczajnie nie jestem chujem i nie chcę by inni ludzie przeze mnie cierpieli. Śmierci się nie boję nie dlatego, że mam nadzieję na zbawienie przez jakiegoś bożka, lecz dzięki spokojnemu, racjonalnemu rozważeniu tej kwestii oraz wyzbyciu się przywiązania do tego, co tu na ziemi “mam”. Powinniśmy pogodzić się z faktem, że nie mamy zielonego pojęcia, co się dzieje po śmierci (a najprawdopodobniej po prostu przestajemy istnieć), zamiast wymyślać niepoparte niczym historyjki.

Pewien żydowski rabbi mówił “wiara bez uczynków jest martwa”. No cóż, ośmielę się nie zgodzić... Jeśli już przyjmować coś bez jakichkolwiek podstaw, to może lepiej, żeby przynajmniej nie wynikały z tego uczynki...?