Wiem że to zdanie może na pierwszy rzut oka zabrzmieć trochę bezsensownie, no ale co mi tam: sądzę, że w wielu przypadkach czyjeś różnice poglądów wcale nie są na poziomie samych poglądów, ale wyżej, na poziomie pytania: czy jedność czy różnorodność. Co mam na myśli? Pierwszy lepszy przykład z życia: bitwy o krzyże w budynku Sejmu i w publicznych szkołach. Ich zwolennicy i przeciwnicy wcale nie muszą różnić się podejściem do symbolu krzyża czy też chrześcijaństwa per se. Wielu spośród przeciwników umieszczania symboli religijnych w urzędach publicznych to głęboko wierzący ludzie, ale po prostu uważają, że państwo należy oddzielić od kościołów, a wszystkim religiom dać jednakowe prawa, bez przywilejów czy specjalnego eksponowania którejkolwiek.

Jedni myślą “jedność”, drudzy “różnorodność”.

Nie ma tam starć między jedną skrajnością a drugą, lecz między pozycją skrajną a neutralną. Jedna mówi: “wszyscy powinni dostosować się do mnie, a najlepiej w ogóle wierzyć w to co ja”, druga natomiast: “niech każdy żyje sobie w spokoju, a w cokolwiek bym ja nie wierzył, nie będę tego narzucał innym”.

Albo na przykład taka aborcja. Status “człowieczeństwa” płodu w łonie kobiety wcale nie jest kwestią jasną i oczywistą, co już kiedyś starałem się udowodnić [→ Od kiedy zaczyna się życie?]. Nie mówię, że przerwanie ciąży jest zawsze dobre albo zawsze złe, a po prostu, że to sprawa mocno dyskusyjna i w żadnym wypadku nie czarno-biała. Przeciwnicy aborcji krzyczą jednak: “my bardzo głęboko wierzymy, że jest czarna i kropka; więc zrobimy, co w naszej mocy, by narzucić wszystkim innym prawo zakazujące aborcji”. Zwolennicy natomiast wcale nie mówią “zmuśmy kogokolwiek do usunięcia ciąży” ani “aborcja to zupełna błahostka, coś absolutnie neutralnego moralnie”. Nie, oni mówią: “to zależy od sytuacji, od zdrowia dziecka, od tygodnia ciąży, zależy od wrażliwości danej kobiety, jej sumienia”. Mówią “pozwólmy każdej wybrać, czego sama chce, co jest w stanie wziąć na swoje barki, pozwólmy jej posłuchać tego, co jej radzi Kościół, co jej radzą znajomi, rozsądek, sumienie, i wtedy samodzielnie wybrać”.

Dalej: działaczy LGBT pokazuje się jako dokładne przeciwieństwo konserwatystów i homofobów. Ale przecież oni wcale nic nie narzucają, nie usiłują zrobić z innych ludzi homo- czy biseksualistów. Nie usiłują zniszczyć “świętości małżeństwa”, nie chcą prześladować heteroseksualnej większości. Jedyne co mówią, to łagodne, neutralne “zostawcie innych ludzi w spokoju, pozwólcie im żyć, kochać i być sobą”. Ci drudzy natomiast często widzą problem w samym istnieniu ludzi queer, najchętniej by zakazali, “wyleczyli”, czy co im tam jeszcze przyjdzie go głowy. Jedni głoszą równość, różnorodność i wolność, drudzy – sprzeciwiają się wszystkiemu co wykracza poza ich wąskie horyzonty.

Poszedłbym nawet dalej z przykłami sytuacji tego typu: reżimy totalitarne. Ludzie religijni często rzucają takim argumentem, że Hitler i Stalin byli ateistami, ergo ateizm jest błędny tudzież zły moralnie. Zdają się nie zauważać, że Hitler był przecież rzymskim katolikiem, został ochrzczony (a przecież “semel catholicus, semper catholicus”), ciągle odwoływał się do “Opatrzności”, a hasłem, jakie na mundurach nosili SS-mani było “Gott mit uns”. Zapominają, że np. Słowacja za księdza Jozefa Tiso była okrutnym reżimem, niezależnie od posiadania katolicyzmu w oficjalnej doktrynie. I tak dalej i tak dalej. Ale ja chciałbym w tym miejscu zauważyć coś jeszcze – cechą wspólną okrutnych dyktatorów wcale nie jest ich wiara albo niewiara, nie wspólne wyznanie, czy wspólne poglądy gospodarcze. Łączy ich co innego: nieuznawanie odmiennych poglądów, tłumienie sprzeciwów i zamknięcie na różnorodność. I dobrze widać, do czego ono prowadzi w skrajnych przypadkach.

Mamy wiele takich grup ludzi, które walczą z przeciwnikami ideologicznymi bardzo zażarcie, a nawet brutalnie (a i między samymi sobą też się gryzą). Mówiąc “walczą”, mam na myśli to, że chcą zniszczyć inne punkty widzenia, narzucić ogółowi swoją wizję świata. A można przecież inaczej. Spokojnie, otwarcie rozmawiać. Nie traktując ludzi jako przeciwników, lecz partnerów w dyskusji. Przecież każdy człowiek (każdy!) wie coś, czego Ty nie wiesz. Od każdego możesz się czegoś nauczyć, jakkolwiek genialny byś nie był. Zawsze są jakieś sprawy, w których nie masz racji, pogódź się z tym.

Załóżmy sobie, czysto hipotetycznie, że dostałem praktycznie nieograniczoną władzę w państwie. Absolutnie absolutną. Ale byłem na tyle miły, że jedną jedyną decyzję pozwoliłem dokonać właśnie Tobie: masz zdecydować, czy ja w swoim rządzeniu będę otwarty na argumenty, polemikę i zmianę zdania, czy też obiorę sobie jedną określoną ideologię (kto wie, być może właśnie taką, która Ci się spodoba), narzucę ją wszystkim innym i nie będę zezwalał na jakiekolwiek dyskusje...

Jaka jest szansa, że spośród tylu możliwych systemów wartości / sposobów myślenia / ideologii / zwał jak zwał, wybiorę właśnie tę, którą Ty podzielasz? A co jeśli moja wizja świata będzie inna od Twojej? Przecież niemal na pewno będzie, bo ludzie zbyt mocno się od siebie różnią. Ale wtedy już nie będzie odwrotu. Czy jesteś skłonny podjąć takie ryzyko?

Przekładając to na naszą rzeczywistość: jeśli jesteś zwolennikiem którejś z opcji głoszących jedność i brak tolerancji dla inności, zastanów się, co się stanie, jeśli przegrasz z ludźmi takimi jak Ty, tylko z drugiej strony barykady. Bo przecież możesz przegrać i dobrze o tym wiesz. Wtedy będziesz stłamszony, nękany, będziesz się czuł w swoim kraju niekomfortowo, będziesz się buntować, wciąż będzie trwała przemoc i wrogość. Ta wizja zapewne Cię przeraża. A czy jest dla Ciebie motywacją, by walczyć jeszcze mocniej? Najprawdopodobniej tak. Więc jest mi bardzo przykro...

Bo gdyby wszyscy myśleli jak Ty, pozażynalibyśmy się na śmierć. Lecz jeśli byliby otwarci na różnorodność, to przecież bez problemu znalazłoby się miejsce dla każdego. O ile ktoś nie krzywdzi innych swoim zachowaniem, pozwól mu żyć w spokoju. Wszyscy sobie pozwólmy, a świat będzie piękniejszym miejscem.

To nie jest takie ważne, w co wierzysz, czy jakie masz poglądy. Ważne, czy pozwalasz ludziom mieć odmienne zdanie. Ważne czy przyjmujesz do wiadomości, że możesz się mylić.

A możesz. I będziesz. Ciekawą obserwację daje nam filmik BBC - The Code - The Wisdom of the Crowd. Prezentowane jest w nim zjawisko “wiedzy tłumu”. Dużą liczbę osób poproszono o zgadnięcie liczby fasolek w słoiku. Jak można się spodziewać, nikt nie trafił, i mało kto był jakkolwiek blisko prawdziwej liczby. Lecz gdy wyciągnąć średnią z odpowiedzi tłumu, okazuje się, że tylko minimalnie różni się ona od prawdy. Magia? Nie, matematyka. Statystycznie mniej więcej tyle samo osób ma skłonność do przeszacowywania, co do niedoszacowywania.

Samodzielnie nikt nie jest nieomylny. Lecz współpracując możemy dzielić się wiedzą i doświadczeniem, konfrontować punkty widzenia, i pozwalać działać tej “magicznej” wiedzy tłumu. Współpraca to lekarstwo na ekstremizm.

W tym świecie kompromis jest koniecznością. A różnorodność jest wolnością.