Oberwało mi się jak cholera za niepójście na wybory. I od politologów, i od ludzi niemających bladego pojęcia o polityce. I z lewej i z prawej. Nieistotne, na kogo bym zagłosował. Nieistotne, czy w ogóle oddałbym ważny głos. Miałem pójść i spełnić swój obywatelski obowiązek. Bo tak trzeba. Jak nie idziesz, to wspierasz system, jak nie idziesz, to niszczysz demokrację, jak nie idziesz, to jesteś zdrajcą narodu...

Mam do wyboru jedenastu kandydatów, z czego więcej jest “antysystemowych” niż “systemowych”. Mam do wyboru ludzi, którzy u władzy już byli i żadnej z obietnic nie spełnili, którzy chcą z Polski zrobić państwo wyznaniowe, którzy w każdej pierdole widzą wszechobecny spisek, którzy nie potrafią uzgodnić programu z partią która ich wystawiła, których poglądy i plan na Polskę zależą wyłącznie od sondaży, którzy posługują się retoryką na poziomie “pierdolić ciszę wyborczą” i “założę się o wylizanie deski klozetowej”, którzy jawnie bronią pedofilii, dyskryminacji z rozmitych powodów oraz terroru państwowego, którzy zaciekle bronią swojej jow-owej obsesji, nawet jeśli na własne oczy widzą jej sromotną porażkę...

Oni wszyscy są “systemowi”. Nikomu nie jestem w stanie zaufać. Nawet nie mogę zagłosować na mniejsze zło, bo tam nie ma mniejszego. Z takimi kandydatami, to my jesteśmy na demokratycznym dnie.

Ale bycie na dnie ma tę zaletę, że od niego można się już tylko odbić. Dlatego, paradoksalnie, ktokolwiek wygrałby te wybory, mnie by to ucieszyło. Jeśli Komorowski, mielibyśmy kolejne 5 lat z przewidywalnie jałowym prezydentem, który przynajmniej dużo nie namiesza. Jeśli ktokolwiek inny – mielibyśmy popłoch wśród partii rządzącej, że może jednak warto by zacząć realizować swoje obietnice. I nie, pierdyliardy głosów nieważnych wcale by takiego popłochu nie spowodowały. Głosy nieważne nie odbierają nikomu władzy, pieniędzy ani przywilejów. A tylko tego boją się przedstawiciele “systemu”. I tylko o to walczą dla siebie przedstawiciele “antysystemu”, niestety...

A zatem, czy ja jako człowiek, który za cztery miesiące wynosi się z tego kraju i ma pełną świadomość, że wybór prezydenta będzie miał naprawdę marginalny wpływ na jego życie, jako człowiek który nieźle orientuje się w scenie politycznej i świadomie decyduje nikogo nie popierać, ba, który brzydzi się postawić krzyżyk przy którymkolwiek z kandydatów, czy ja naprawdę jestem tak złym człowiekiem, tak nieodpowiedzialnym obywatelem i tak wielkim ignorantem? Czy koniecznie muszę stracić te dwie godziny na dostanie się do obwodowej komisji i powrót z niej, aby móc nic nie zmienić, ale przynajmnie z czystym sumieniem?