Jest taki skecz Łowców.B i KMP pod tytułem “Kawał Dobrego Gospla”. Nie dość, że można się przy nim nieźle pośmiać, to jeszcze – istotnie jest to kawał dobrej muzyki. Kiedyś używaliśmy go ze znajomymi do celów czysto liturgicznych, aranżując odpowiednio dwa motywy ze skeczu (moherowe babcie były tym wszystkim mocno zszokowane, lecz jakoś nas to nie zraziło :D ).

Ale wspominam o nim tylko dlatego, że jego tytuł to pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy, gdy chcę opisać zespół Trzecia Godzina Dnia. Bo oni to po prostu kawał dobrego gospla. Bardzo dobrego.

TGD jest ekumenicznym chórem chrześcijańskim. Większość członków to niekatolicy, dzięki czemu w ich twórczości konfrontują się różne spojrzenia, a słuchacze mają okazję poznać inną niż katolicka wizję świata, ograbioną ze świętych obrazków, maryjek, kultu przedmiotów i takich tam. Duży plus.

W muzyce TGD jest power. Jest coś, co potrafi obudzić w człowieku potężne, pozytywne emocje, tchnąć w niego morze nowej energii. Coś co każe mu tańczyć (nawet jeśli, jak ja, zupełnie się do tego nie nadaje). Tylko raz mi się udało być na ich koncercie i było to cudowne przeżycie. Wprawdzie niby było to w listopadzie, niby w ramach zaduszek akademickich, niby mrocznie, jesiennie, zaduszkowo... wprawdzie listopadowe koncerty z natury są przygnębiające... a jednak “przygnębiająco” jest ostatnim słowem, jakiego bym użył na opisanie tego spotkania z TGD.

Trzecia Godzina Dnia gra pop-gospel z elementami hip-hopu i zapewne jeszcze paru innych gatunków. Zarówno w tekstach, jak i muzyce, czerpią garściami ze źródeł antycznych (przede wszystkim psalmy), klasycznych i barokowych (np. Alleluja z Mesjasza Georga Friedricha Händla), nasączając je energią, rytmem i pozytywnym nastawieniem.

Oczywiście podzielę się swoimi ulubionymi utworami:

Niewiele jest rzeczy, które sprawiają, że aż mnie nachodzi głupia ochota, by się nawrócić. Muzyka Trzeciej Godziny Dnia zdecydowanie jest jedną z nich.