Powiedzieć, że “przeczytałem” Sumę teologii, to trochę nadużycie. Raczej “przebrnąłem” przez nią. Bo muszę przyznać, że nie była to lektura ani prosta, ani przyjemna. Ale przebrnąłem, bo wstyd nie znać największego dzieła średniowiecznej teologii, jeśli się w rubryczce “zainteresowania” wpisuje “religioznawstwo”. I muszę przyznać, że jest to książka co najmniej znamienna.

Akwinata był bez wątpienia człowiekiem niesłychanie inteligentnym. Jego dzieło aż kipi od dowodów na to. Często wpadamy w pułapkę myślenia o ludziach sprzed wielu wieków, jakby byli od nas głupsi, myślimy o nich jak o dzieciach. Nie wiedzieli przecież jak powstaje tęcza, skąd się wzięła różnorodność gatunków, nie mieli takiego sprzętu jak my teraz, nie latali w kosmos. A przecież to ludzie tacy sami jak my. Tomasz z Akwinu bez wątpienia przebiłby erudycją i bystrością myśli zdecydowaną większość z nas.

I ciężko mi się pisze ten tekst bez wpadania w taką samą pułapkę albo sprawiania wrażenia, że wpadam. Dlatego chciałbym jasno podkreślić już na początku, że choć z poglądami Tomasza się (oczywiście) nie zgadzam, wcale nie znaczy to, że uważam je za głupie. Wręcz przeciwnie, można by powiedzieć, że współczuję mu, że żył w czasach, gdy tak bardzo brakowało odpowiedzi na ważne pytania. Ale ad rem...

Tekst jego Sumy jest podzielony na artykuły w formie pytań i odpowiedzi. Artykuły te dzielą się na trzy części:

  1. Zdaje się, że jest jakoś tam, bo to i to.
  2. Wbrew temu, co się zdaje, ktoś tam twierdzi, że jest inaczej.
  3. Jest tak i tak, a oto dlaczego.

Każda z nich wygląda jakby była pisana przez zupełnie inną osobę. Pierwsza przez sceptyka, racjonalistę, krytyka, który w bardzo jasny, zwięzły i przystępny sposób przedstawia swoje rozumowanie, tak że aż rodzi mi się w głowie myśl “to ma sens, to jest logiczne”. Druga – przez dogmatyka, który wsłuchuje się wyłącznie w autorytety, i czasem mam wrażenie, jakby chciał powiedzieć: “a kit z tym co jest rozsądne, święty Paweł mówi co innego, i chuj”. Trzecia część natomiast jest pisana przez teologa, i to właśnie ona jest udręką czytelnika – jest skomplikowana i niejasna. Teologiczna.

W pierwszej części tok rozumowania jest wręcz oczywisty, płynie sam z siebie. W drugiej jest prymitywny, oparty na autorytecie. W trzeciej natomiast jest zawiły, trzeba się w niego wgłębić, wysilić umysł, przebrnąć przez znaczenia słów i gmatwaniny zdań. No cóż, tak właśnie działa teologia: ma narzuconą tezę i robi co tylko się da, by ją udowodnić, albo przynajmniej załagodzić jej sprzeczności z obserwacjami.

Nie zamierzam tu polemizować dogłębnie z treścią doktryny Akwinaty z paru powodów. Po pierwsze byłoby to zadanie mozolne i bezcelowe, nie mam aż tyle czasu do zmarnowania. Po drugie, jedyne, co wystarczy obalić, by cała ta książka przestała mieć sens, to założony z góry pewnik, że objawienie jest pełnoprawnym źródłem wiedzy. W ramach tego założenia całe rozumowanie jest wybitnym dziełem filozofii, wszystko jest sensowne i ciężko mu zarzucić co innego niż jakieś drobiazgi. Gdy jednak je odrzucić, zostajemy niemal z niczym. Po trzecie, zdaje mi się, że gdyby Tomasz żył w naszych czasach, uzbrojony w dzisiejszą wiedzę, to sam rozprawiłby się ze swoim dziełem, tak samo jak w XIII wieku nie miał oporu przed rozprawieniem się z dowodami na istnienie Boga zaproponowanymi przez Augustyna i Anzelma. Po czwarte wreszcie, i chyba najważniejsze, nie czuję się ku temu kompetentny. I muszę przyznać, że sporej części wywodów Tomasza po prostu nie potrafię zrozumieć. Inaczej: rozumiem, że to jest po prostu bullshit schowany pod natłokiem słów, ale głowy bym za to nie dał, być może jednak kryje się w tym jakaś większa mądrość.

W czasach Tomasza nie było satysfakcjonującego wyjaśnienia dla wielu zagadek, które dziś już rozwiązaliśmy lub jesteśmy na dobrej drodze do rozwiązania. Nie było Darwina – nikt nie miał pojęcia, skąd się wziął ogrom różnorodności i złożoności gatunkowej. Nie było Newtona, Hawkinga, Einsteina, teorii względności, mechaniki kwantowej... Cały świat był zagadką. Dlatego z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że wówczas Hipoteza Boga była najlepszą odpowiedzią na wszystkie trudne pytania. Tak, była, i wówczas Tomasz miał w zupełności rację – najlepszy możliwy sposób, w jaki umysł ludzki może sobie poukładać świat, będąc uzbrojonym w średniowieczną wiedzę, to właśnie tomizm. To jest szczyt myśli średniowiecznej.

Wiara i wiedza były wtedy dwoma skrzydłami tego samego ptaka, gdyż sama wiedza nie wystarczała. Wprawdzie wiara, tak jak i teraz, sprzeciwiała się zdrowemu rozsądkowi, i trzeba ją było przykrywać natłokiem słów zakrywających sedno, oraz blado wyglądających przy chłodnym sceptycyzmie “dyskutanta” z pierwszej części, ale nic lepszego wtedy zwyczajnie nie było do dyspozycji.

Spójrzmy na pięć dróg, które Tomasz proponuje jako ścieżki poznania Boga, dowiedzenia jego istnienia. Argument z ruchu, dowodzący że musi istnieć Pierwszy Poruszyciel, zupełnie traci na znaczeniu w kontekście teorii względności, gdzie każdy ruch jest względny, nie ma absolutnego punktu odniesienia, a każde ciało może nawet być jednocześnie i w ruchu i w spoczynku. Argument, że każda rzecz ma swoją przyczynę, a więc musi istnieć Pierwsza Przyczyna, która sama przyczyny nie ma, przestaje mieć być tak oczywisty w kontekście znajomości mechaniki kwantowej, hipotezy, że niektóre zjawiska kwantowe wcale nie muszą mieć przyczyny, oraz teorii Big Bangu, w której ciężko jest twierdzić cokolwiek o ciągu przyczynowo-skutkowym w początku istnienia wszechświata, jako że nawet nie istniało wtedy (“wtedy”) coś takiego jak czas. I tak dalej, i tak dalej...

To, że Tomasz nie boi się polemiki, nie odrzuca innych punktów widzenia i nie udaje że nie istnieją, lecz włącza je do swojego dzieła, trzeba mu zapisać jako ogromny plus. Warto wspomnieć, że zauważa nawet sprzeczności w Biblii. Na przykład stworzenie człowieka “na obraz i podobieństwo” Boga przeciwstawił słowom Psalmisty: “Nie masz Tobie podobnego między bogami, Panie” (więc tym bardziej i między ludźmi). Sam też nie ustrzegł się niezgodności z Biblią – pisze na przykład: “To niemożliwe widzieć Boga zmysłem wzroku czy jakimkolwiek innym zmysłem lub władzą sfery zmysłowej”, zapominając, że chociażby Mojżesz, wg Tory, bez problemu widział Boga, a Jan Ewangelista obiecuje, że “ujrzymy Boga twarzą w twarz”.

Jako przykład myśli, z którą (gdyby przyjąć bezpodstawne założenie o prawdziwości objawienia biblijnego) w pełni bym się zgodził, i którą uznaję za błyskotliwą, chciałbym przytoczyć ten fragment odpowiedzi na pytanie, czy Bóg jest jeden: _“_Drugi [dowód] z nieskończoności Jego doskonałości. Jak to bowiem wyżej uzasadniliśmy; Bóg mieści w sobie całą pełnię doskonałości istnienia. Gdyby przeto istniało więcej bogów; musieliby się jakoś między sobą różnić, a to znaczy co przyzna się jednemu, drugiemu trzeba tego odmówić; i jeśli to, co się przyzna jednemu, będzie brakiem - pozbawieniem, już nie ma mowy o pełnej jego doskonałości; jeśli zaś będzie to jakaś doskonałość, drugiemu trzeba będzie jej odmówić. A więc istnienie wielu bogów jest wprost niemożliwe. I dlatego to starożytni filozofowie uderzeni wymową prawdy, przyjmując istnienie początku nieskończonego, zmuszeni byli głosić, że ten początek może być tylko jeden”. Ten fragment mi się spodobał, bo nie jest tak zawiły jak większość, lecz wręcz oczywisty. Jeśli Bóg jest doskonały, to musi być jeden. To jest mądre i prawdziwe, choć tylko jeśli potrafimy uzasadnić, że jest doskonały. Mamy zatem taki ciąg: objawienie jest prawdziwe, ergo bóg istnieje, ergo jest doskonały, ergo jest jedyny. Znowu więc utknęliśmy na założeniu prawdziwości objawienia. I o to właśnie mi chodziło, gdy pisałem, że w obrębie doktryny (i tylko tam) rozważania Tomasza są logiczne i spójne.

Nie ulega wątpliwości, że Tomasz z Akwinu był człowiekiem niesłychanie inteligentnym. Nie wiem, na ile moje wyobrażenia są bliskie prawdy, ale ośmielam się przypuszczać, że wiecznie bił się z myślami i po części sam zgadzał się z tezami które obalał, natomiast we własnej argumentacji widział, że często jest tworzona na siłę. Lecz zwyczajnie poddał się wobec faktu, że nie potrafił znaleźć żadnego innego niż Bóg wyjaśnienia fenomenów przyrody czy pochodzenia wszechświata i człowieka...

Kto wie, czy gdyby Tomasz z Akwinu żył dzisiaj, to czy zamiast Summa theologiæ nie napisałby De non existentia dei?