Czy jesteś tolerancyjny? Wielu ludzi wykrzyknie “oczywiście że jestem!”. Zapewne jeszcze więcej zacznie usprawiedliwiać się i kręcić, że w sumie tak, ale nie zawsze potrafią, ale się bardzo starają i by bardzo chcieli. I znajdzie się też sporo takich, którzy powiedzą twarde “nie”. Wtedy opinia publiczna spojrzy na takich wzrokiem pełnym wstrętu i zgorszenia, zwyzywa od nienowoczesnych, zacofanych.

Jestem gotowy, że tak na mnie spojrzycie, bo to właśnie mówię. Nie! Nie jestem tolerancyjny.

Bo “tolerancja” to obleśne, obrzydliwe słowo. Wyobraź sobie, że mówię do ciebie: “toleruję cię”. Czyż powietrze aż nie drży od pogardy? Przecież to brzmi jak: “no jakoś cię znoszę; wprawdzie wzdragam się na samą myśl, że jesteś inny, no ale pozwolę ci koło siebie przebywać, w końcu w telewizji mi kazali, w końcu to takie nowoczesne”.

Jeśli to sprawi, że poczujesz się dobrze, to musisz być masochistą. Jeśli tolerancja jest wartością, to ja już wolę być cynikiem.

Chcę kochać każdego człowieka. Kochać, nie tylko (tfu!) tolerować.

Owszem, miłość to nie znaczy zawsze to samo. Oznacza po prostu szczere, bezinteresowne pragnienie czyjegoś dobra, ale rozciąga się od marnego “kocham cię, i dlatego ci nie zajebię, choć wkurzasz mnie niezmiernie” poprzez “kocham cię, więc będę dla ciebie miły, drogi nieznajomy” aż do “kocham cię, więc nawet swoje życie oddam, byle byś był szczęśliwy”, a pewnie i jeszcze dalej.

Lecz każda drobina miłości, nawet ta najmniejsza, wciąż znaczy dla mnie o wiele więcej niż jakaś tam “tolerancja”... Jezus uczył miłości, nie tolerancji. Miłość jest bezinteresowna i dobrowolna. I potężna. Amen.