Dawno temu, gdy czytałem Króla Jezusa Roberta Gravesa, byłem mocno zszokowany tym, jak to zdecydowanie więcej sensu może mieć fikcyjna, wpsółczesna, apokryficzna wersja jakiejś historii, niż “oryginalne” przekazy sprzed dwóch tysięcy lat. Literacka fikcja Gravesa, w przeciwieństwie do “prawdy objawionej” Biblii, zachowuje wewnętrzną spójność i zawiera logiczny ciąg wydarzeń.

Podobne wrażenia miałem podczas oglądania Zupełnie Nowego Testamentu. Biblia nagle zaczyna mieć zdecydowanie więcej sensu, gdy spojrzeć na nią z perspektywy filmu Van Dormaela.

Bo niby dlaczego Stary Testament jest aż tak drastycznie różny od Nowego? W jednym Bóg jest zwyczajnym sadystą – żąda krwawych ofiar, nakazuje wymordowanie całych narodów, legalizuje niewolnictwo i robi całą masę innych rzeczy, za które w cywilizowanym kraju zgniłby w pierdlu. Za to w drugim z testamentów mamy zwrot o 180° – nadchodzi Jezus, milczący, dobry, łagodny, miłosierny... Jezus, będący ponoć tym samym Bogiem co Bóg. Jak to?

Według Zupełnie Nowego Testamentu, Bóg istotnie jest sadystą. Odreagowuje swoje kompleksy, wyżywając się na ludzkości oraz na własnej rodzinie. Stąd wszystkie kataklizmy, zarazy i cierpienia, stąd także nastoletni bunt Jezusa, który postanawia uciec z domu i zmienić na lepsze świat swojego ojca. Dwa tysiące lat później, w ślady brata postanawia pójść córka Boga, dziesięcioletnia Ea. Ona również znajduje swoich apostołów i spisuje swoją ewangelię.

Film jest pełen bluźnierstw, ale są to bluźnierstwa bardzo dobrego sortu. Skłaniają do przemyśleń, doprowadzają do wzruszeń, są przeplatane świetnym (często czarnym i absurdalnym) humorem... Jestem pewien, że nawet najbardziej zagorzale wierzący chrześcijanin, choćby był najmocniej w świecie urażony takim “obrażaniem” Najwyższego, ogladając obraz Van Dormaela poczuje choć trochę obrzydzenia do tego najnowszotestametowego Boga, trochę satysfakcji z jego ziemskich cierpień (które sam sobie zgotował), i sporo współczucia do molestowanej przez niego ludzkości.

A być może dostrzeże, że rysowany w Zupełnie Nowym Testamencie obraz Wszechmocnego (który de facto wcale taki wszechmocny nie jest), jednak nie aż tak odbiega do tego, czego uczy Biblia i Katechizm. I jest to bardzo smutne. Bóg z filmu nie zasługuje na jakąkolwiek cześć, więc czemu Bóg z Biblii otrzymuje jej od groma?

Film 10/10, ze wszech miar warty polecenia!