Wkurza mnie to niezmiernie, gdy ktoś zarzuca mi “brak wiedzy teologicznej”. Nie dlatego, że miałoby mnie boleć wytknięcie mi tej wady, jestem bardzo świadomy mojego braku wiedzy w bardzo wielu dziedzinach... Lecz wkurza dlatego, że zwyczajnie nie ma takiego tworu jak “wiedza teologiczna”. Nie ma.

Owszem, można wiedzieć, że tamten teolog powiedział to i to, a sramten sobór uchwalił tamto i siamto. Ale to przecież jest wiedza historyczna! No, z elementami literaturoznawczej i kuluroznawczej. Natomiast teologia per se nie ma nic wspólnego ani z wiedzą ani z nauką.

Wystarczy spojrzeć, jakie wikipedia podaje “źródła teologii”: Pismo Święte, symbole wiary, liturgie, wiara Ludu Bożego (sensus fidei), nauczanie soborów, nauczanie papieża ex cathedra, nauczanie Kościoła rozproszonego po świecie (biskupów i synodów), nauczanie Ojców Kościoła, zwyczajne nauczanie papieży, historia Kościoła, Prawo Kościelne, sztuka sakralna (!), nauczanie teologów, literatura piękna (!), Znaki Czasu (!?), człowiek, wiara, doświadczenie osób i wspólnot chrześcijańskich.

Innymi słowy: “Wiem bo wiem”. “Ja tak mówię, bo ktoś tak kiedyś mówił”. Słowo rodzi słowo. Wszystko opiera się na czyichś słowach, a nic nie wynika z mierzalnych obserwacji, eksperymentów, badań.

Thomas Paine pisał:

Studium teologii, takie jakie mamy w Kościołach chrześcijańskich, jest studium niczego; nie jest oparte na niczym; nie opiera się na żadnych zasadach; rozwija się bez autorytetów; nie ma danych; niczego nie może wykazać; nie dochodzi do żadnych wniosków. Cokolwiek nie może być studiowane jako nauka bez posiadania zasad, na których się opiera; jako że jest to przypadek chrześcijańskiej teologii, jest to studium o niczym.

Może i to nie wydaje się aż takie straszne, w końcu może i o niczym, ale przecież oparte o Biblię... Brzmi to tak ładnie, że źródła są “natchnione”, że opierają się na “objawieniu”, że wiara i wiedza to dwie osobne rzeczy... Ale skoro takie osobne, to czemu sami wierzący je ze sobą mieszają, usilnie nadając teologii pozory naukowości? Skoro to nie brzmi tak strasznie, to proszę, wyobraźcie sobie, że ktoś rozwija “wiedzę” o krasnoludkach, studiując dokładnie wszystkie książki (jego zdaniem “natchnione”), w których one występują, rozmawiając na forach z innymi krasnoludkologami, usilnie myśląc i myśląc i modląc się do Królewny Śnieżki... Póki co, brzmi to po prostu komicznie. Ale wyobraź sobie jeszcze, że dostaje on na państwowej uczelni doktorat z krasnoludkologii i zarabia, ucząc tego studentów. Chore? No właśnie. A takie rzeczy już się dzieją. Stawiam piwo każdemu, kto znajdzie mi jakąkolwiek istotną różnicę między tym, co “wie” teolog, a tym, co “wie” nasz krasnoludkolog...

Podobno żeby uzyskać tytuł magistra, trzeba wykonać jakieś badania... Podobno dysortacja doktorska powinna stanowić rozwiązanie jakiegoś problemu naukowego i poszerzać obecny zasób wiedzy. Cóż, gówno prawda. Wystarczy być teologiem. Albo artystą. Ech, tytuły naukowe niemal nic nie znaczą...

Ktokolwiek zalicza teologię do nauk, nie ma zielonego pojęcia jak działa nauka. Chyba nigdy nie słyszał o czymś takim jak metoda naukowa, weryfikacja hipotez, peer-review, falsyfikowalność... Nauka (ang. “science”, łac. “scientia” = wiedza) to usystematyzowany zbiór twierdzeń i działań służących do budowania i organizowania wiedzy w postaci weryfikowalnych wyjaśnień oraz przewidywań zjawisk występujących we wszechświecie [źródło]. Teologia nie ma z tym nic wspólnego. Nie przedstawia żadnych przewidywań, które można zweryfikować.

Jeśli mamy dwie rywalizujące teorie naukowe, z których jedna zakłada że masa jakiejś cząstki wynosi X, a druga że Y, to wystarczy dokonać, gdy tylko technologia pozwoli, pomiarów i eksperymentów, chociażby w Wielkim Zderzaczu Hadronów, i przeanalizować wyniki, aby móc wybrać, która z nich jest prawdziwa, lepsza, dokładniejsza, móc dopracować którąś z nich albo być może odrzucić obie. W teologii natomiast mamy, no powiedzmy teorię pustego piekła kontra piekło pełne, albo unitaryzm vs. trynitaryzm, albo w ogóle: całą teologię katolicką vs. protestancką. Ni chuja nie da się sprawdzić, które z nich jest bliżej prawdy. Można co najwyżej przeklnąć wyznawców tej “fałszywej” albo ogłosić sobie jakiś dogmat...

Jeśli teologia daje jakieś wyjaśnienia, to prędzej czy później okazuje się, że są one sprzeczne z naukowymi obserwacjami. Słońce wcale nie krąży wokół Ziemi, wbrew temu, co mówi Biblia, i mimo że z tym faktem nie zgadzały się całe pokolenia teologów. Słońce jest jedną z wielu gwiazd, a mimo to Giordano Bruno spłonął za to twierdzenie na stosie. Darwinowi czy Galileuszowi też się od teologów co nieco dostało, mimo że przecież mieli rację.

Tamci uczeni dokonali wielkich przełomów, istotnych dla każdego z nas. Czego kiedykolwiek dokonała teologia? Słuchała tamtych herezji, zaprzeczała im i groziła ich twórcom i wyznawcom, aby ostatecznie pogodzić się z prawdą i zacząć twierdzić, że przecież od zawsze to wiedziała. Teologia usilnie stara się pogodzić nowe fakty ze starymi dogmatami, nic ponad to. Kurczowo trzyma się dogmatu, w razie potrzeby wciskając tu metaforę (sześciodniowe stworzenie świata), tam nadinterpretację, gdzie indziej przedawnienie (Prawo Mojżeszowe nieobowiązujące katolików)... Plącząc się we własnych kłamstwach, domysłach i bzdurach, wikła się coraz bardziej i bardziej.

I jest śmieszna. Lubię czasem poczytać sobie coś o niej dla beki. No wystarczy choćby spojrzeć na taką angelologię... Tak tak, istnieje osobny dział teologii dogmatycznej poświęcony wyłącznie aniołom. Uczy nas, jakie są chóry anielskie, jaka jest w niebie hierarchia, jakiej anioły są płci, co porabiają... I tylko jednego nie mówi: skąd oni niby to wszystko wiedzą?

Nie wiedzą. Nie ma czegoś takiego, jak “wiedza teologiczna”. Nie ma czegoś takiego jak “wybitny teolog”...

Wiedza jest czymś potężnym i wspaniałym. Wiara, nawet jeśli uważać ją za głupią i bezpodstawną, to w pewnym sensie jest spoko, jeśli motywuje ludzi do dobrego działania, daje im ukojenie w problemach i nadzieję na przyszłość. Natomiast mieszanie jednego z drugim jest po prostu komiczne. Tragikomiczne...