Książka Wyznania buddyjskiego ateisty autorstwa Stephena Batchelora z pewnością jest tym, co naprawiło mi buddyzm.

Często słyszymy o buddyzmie w bardzo pozytywnym kontekście, jako o religii zupełnie różnej od pozostałych, nieteistycznej, bezprzesądowej, racjonalnej. Sam Albert Einstein mówił, że gdyby miał być religijny, to byłby buddystą.

Ale im bardziej wgłębić się w temat, tym bardziej oczywiste się wydaje, że buddyzm jest religią jak każda inna. Ma swoją kosmologię, zupełnie niepopartą niczym, wierzy w rozmaite demony, byty nadprzyrodzone, ma swoje przesądy, ma rytuały, których nawet sam nie rozumie (buddyści palą komuś świeczki i modlą się do kogoś, ale nie potrafią powiedzieć, do kogo, bo Boga w buddyzmie nie ma). Oczywiście to spore uproszczenie na potrzeby tego krótkiego artykułu, ale i tak nie ulega wątpliwości, że nawet buddyzm nie oparł się ortodoksji i zabobonom.

Stephen Batchelor na początku swojej książki dosadnie rozprawia się z ugrzecznionym zachodnim spojrzeniem na buddyzm, odsłaniając prawdziwe oblicze tego, w co wierzą Tybetańczycy. Sam był przez wiele lat mnichem, spotykał się z Dalajlamą, Panczenlamami, poznał tę doktrynę dogłębnie i od środka. I nie zostawia suchej nitki na tybetańskiej ortodoksji. Nie potrafi się pogodzić z pozornym racjonalizmem mnichów ani z tym, że nie dopuszczają oni żadnej dyskusji z jakimkolwiek dogmatem buddyzmu (np. o reinkarnacji), mimo że oficjalnie religia ta nie ma dogmatów i jest otwarta na inne punkty widzenia.

Już sam tytuł książki Batchelora brzmi paradoksalnie. Buddyjski ateista? Owszem, buddyści nie wierzą w osobowego boga (a raczej wierzą w to, że każdy człowiek może po śmierci zreinkarnować się jako bóstwo, ale co z tego, skoro popławi się parę eonów w przyjemnościach, po czym karma mu się wyczerpie i bóg znów spadnie na ziemię?), ale mimo wszystko ciężko jest nazwać ich ateistami. Lecz rozwiązanie tego paradoksu okazuje się proste, gdy dojdziemy do dalszej części książki. Autor bowiem, po przestudiowaniu wielu źródeł, na czele z Kanonem Palijskim (czyli zbiorem najstarszych pism buddyjskich, które jednak sami wyznawcy czytają równie niechętnie, co chrześcijanie Biblię), dochodzi do wniosku, że sam Budda był ironicznym ateistą!

Co więcej – zdecydowana większość tego, w co dziś wierzą Tybetańczycy, nie ma nic wspólnego z naukami Siddharthy Gautamy Buddy. Tak jak w przypadku niemal każdej religii tudzież systemu filozoficznego doszło przez wieki do nawarstwienia różnorakich przeinaczeń, zniekształceń, zakłamań, synkretyzmów, dodatków folklorystycznych, zabobonowych, etc. etc.

Natomiast oryginalna nauka Buddy to coś, co zdecydowanie warto zastosować w swoim życiu. To ciekawe, odkrywcze i pasjonujące spojrzenie na rzeczywistość. I to właśnie zrobił autor książki – zrzucił mniszą szatę i został świeckim człowiekiem, realizującym w swoim życiu ideały humanizmu i racjonalizmu, ale również buddyzmu.

Książka zdecydowanie warta polecenia każdemu, kogo choć trochę pociąga buddyzm. Warto poznać go od strony nieskażonej wielowiekowymi naleciałościami i spróbować rozwinąć swoją duchowość dzięki zrozumieniu przekazu Buddy.