Ostatnio na wykładzie z socjologii (przedmiot zupełnie niezwiązany z moimi studiami) usłyszałem bardzo trafną obserwację – że najważniejsze, co się zmieniło w Kościele w ostatnich stuleciach, to “właściciele” wiedzy. Kiedyś to duchowni byli najlepiej wykształconymi członkami społeczeństwa. A dziś? Teologię ciężko nazwać “wykształceniem”. Nauka, wiedza przyrodnicza i techniczna – to to pcha świat do przodu. Duchowni mają coraz mniejszy wpływ na ludzi, ponieważ ludzie po prostu wiedzą więcej. Teologia nie pasuje im do rzeczywistości. Dostrzegają sprzeczności i kłamstwa, coraz trudniej im we wszystko wierzyć...

Masturbacja, pornografia, prostytucja, kazirodztwo. Te cztery tematy są ściśle związane z seksem, i o wszystkich da się usłyszeć wiele negatywnych opinii. To głównie sprawka Kościoła, który w sprawach seksu zdaje się przemawiać częściej i głośniej niż o biedzie i pomocy bliźniemu. A gdyby tego głosu nie było? Gdyby te tematy przemyśleć jeszcze raz, współcześnie, racjonalnie, bez uprzedzeń? My, świeccy, jako nowi “właściciele wiedzy”...

Starotestamentowy zakaz masturbacji wynikał właśnie z niewiedzy. Uważano, że nasienie może się zmarnować. Dziś każdy absolwent podstawówki powinien wiedzieć, że zdrowy mężczyzna produkuje, bagatela, sto milionów plemników na dobę i wcale nie zamierza przestać. Zakazywać z tego powodu masturbacji, to tak, jakby zakazać kąpieli mieszkańcowi wyspy na środku oceanu, żeby się przypadkiem woda nie marnowała!

A jednak.

W Kpł 20,15 napisano: “Ktokolwiek obcuje cieleśnie ze zwierzęciem wylewając nasienie, będzie ukarany śmiercią. Zwierzę także zabijecie.” Owszem, w dzisiejszych czasach zakazuje się zoofilii, aby nie cierpiały zwierzęta, i bardzo słusznie. Wtedy natomiast wcale nie o dobro zwierząt chodziło (bo niby czemu miano by je zabijać w ramach ich obrony?). Ważne było to, że koleś zmarnował swoją spermę na kozę, a przecież mógłby na kobietę, może byłoby z tego dziecko, które powiększyłoby grono Izraelitów... I tylko o to chodziło.

Ale dziś wiemy lepiej. I według tego żyjemy. Coraz więcej osób ma po prostu gdzieś wszystkie przestrogi i groźby z ambony czy z sali od katechezy. Wiemy, że masturbacja jest zdrowa, przyjemna i pożyteczna, że redukuje stres, napięcie seksualne, u mężczyzn zmniejsza ryzyko raka prostaty, etc. etc. Wpływ Kościoła na to, czy robimy sobie dobrze czy nie, ogranicza się coraz częciej do co najwyżej wywołania małych i bezpodstawnych wyrzutów sumienia.

Ok, jasne, nie zawsze jest tak kolorowo. Z masturbacją można przesadzić, wciągnąć się w seksoholizm, dziwaczne fetysze, obsesje. I co z tego? Z alkoholem też można, i to zdecydowanie łatwiej, a jakoś nie uważamy lampki wina za coś niemoralnego. Ba, niektórzy piją je nawet na Bożym Ołtarzu! Publicznie! Bezwstydnicy!

Skoro już jestem przy masturbacji, to wspomnę jeszcze o Onanie, od którego wzięła się brzydka nazwa “onanizm” (choć i tak ładniejsza od “samogwałt”, blee). W powszechnym mniemaniu historia Onana jest dowodem, że Jahwe surowo karze za walenie konia. Ale wystarczy ją przeczytać, by dowiedzieć się, że Onana spotkała kara nie za to, lecz za próbę ominięcia prawa lewiratu, które to nakazywało mu spłodzić potomka wdowie po jego zmarłym bracie (!). Tak, takie właśnie mamy czerpać wzorce moralne. Przymusowo dymać żonę zmarłego brata, żeby miał po nim kto dziedziczyć. Ale nie możemy walić, co to to nie.

Co by tu o oglądaniu pornografii? Moralne czy nie? Przypominam, że w tym artykule nie obchodzi nas, co o tym mówi jakakolwiek stara książka czy jakakolwiek stara instytucja, nie patrzymy czy obrażamy jakiś transcendentny byt. Obchodzi nas tylko pytanie, czy kogoś przypadkiem nie krzywdzimy.

Najprościej chyba samych siebie. Pornosy zawsze mogą Ci “pomóc” wyrobić sobie nierealne oczekiwania, które potem ciężko przystawić do rzeczywistości. Mogą Cię wpędzić w kompleksy (spokojnie, panowie, pornosowa średnia długości jest zdecydowanie większa niż rzeczywista, wiem co mówię). Mogą Cię wpędzić w uzależnienie... No i? I wystarczy mieć do nich trochę dystansu, zdrowe podejście, umiar, umieć odróżnić wyidealizowaną wizję od rzeczywistości. To nie aż takie trudne ani niebezpieczne.

Przez branżę pornograficzną pokrzywdzeni mogą być jeszcze aktorzy i aktorki. Ale ej no, ilu z nich jest tam wbrew własnej woli? Większość pracuje w ten sposób, bo lubi i trzepie z tego niezłą kasę. Owszem, niektórzy pewnie “nie chcą, ale życie ich zmusza, bo nie mają co do garnka włożyć”. Idąc tym tropem, przestańmy produkować śmieci, bo może niektórzy śmieciarze wcale nie chcą pracować w tym zawodzie. Aktorzy porno mogą narzekać, że to trudny zawód, ale nie oszukujmy się – stosunek zysków do włożonego wysiłku jest tak kuszący, że jestem pewien, iż jeśli ktoś jest w tej branży, to z bardzo dużym prawdopodobieństwem chce tam być.

I tu docieramy do części wspólnej pornografii oraz prostytucji – czy jest moralne sprzedawanie swojego ciała? Czy to w filmach dla dorosłych czy to klientowi? Jako libertarianin nie potrafię powiedzieć nic innego niż “to Twoje ciało, rób z nim, co chcesz”. I ile bym nie myślał, nie potrafię wymyślić racjonalnego powodu, by potępiać zachowanie ludzi, którzy tak czynią. Kogo tym krzywdzą? Transakcja jest dokonywana za obopólną zgodą, wszyscy uczestnicy na niej zyskują czego chcą. Byle się odpowiednio zabezpieczać, badać i w ogóle.

Kazirodztwo to już chyba najgrubszy kaliber spośród tych zjawisk, które dziś omawiam. Jest w nas głęboko zakorzeniony wstręt przed jego dokonywaniem, i odpowiada za to sama natura. Główny (i chyba jedyny?) powód, dla którego jest ono szkodliwe, to znacznie zwiększone ryzyko chorób genetycznych wśród dzieci z takich związków. Psychologicznie mamy więc wbudowaną seksualną niechęć wobec wszystkich, z którymi spędzaliśmy dużo czasu w okresie dzieciństwa. Tak natura broni się przed genetycznymi powikłaniami.

Ale co, jeśli ludzie wcale nie zamierzają mieć z tych związków dzieci? Kiedyś to sobie mogli “nie zamierzać”, ale przy współczesnym poziomie skuteczności antykoncepcji? A co, jeśli jest to para homo? Dzieci z tego nie będzie, więc czym się właściwie różni gejowski seks od gejowskiego seksu z kuzynem? Jeśli ktoś chce, to co mi do tego?

Jasne, niektórzy mogą powiedzieć, że seks homo jest zły sam w sobie. Już o tym pisałem [→ Między wiarą a tęczą], więc pozwolę sobie już teraz temat odpuścić.

No i oczywiście niektórzy mogą powiedzieć, że już samo w sobie uprawianie seksu bez zamiaru spłodzenia potomstwa jest grzeszne. Ale nie, dziś nas nie obchodzi żadna święta książka i jej nakaz “bądźcie płodni i rozmnażajcie się”. Świat jest dziś przeludniony. Dzieci ci u nas dostatek. A jeśli będzie nas za dużo, będziemy umierać z głodu, i tyle wyjdzie z tego całego uwielbienia dla życia. Znaczy nie mówię, żeby przestać rodzić dzieci. Po prostu – rozsądnie na to patrząc – nie jest to już główny priorytet ludzkości...

Hmm... Czy ten artykuł wygląda, jakbym namawiał ludzi, by się beztrosko puszczali i pławili w hedonizmie? Mam nadzieję, że nie, bo nie taki miałem zamiar. Nie chcę nikogo namawiać do robienia czegokolwiek z tej listy, ani nie próbuję usprawiedliwiać jakichś swoich czynów, bo do większości mi daleko.

Chodzi mi wyłącznie o to, by jakoś odtabuizować seks. Przestać się go bać, demonizować, nazywać grzechem niemal wszystko, co się z nim wiąże. Podejść do niego rozsądnie, a nie dogmatycznie. Bo wprawdzie “właściciele wiedzy” się zmienili, ale wciąż wiele pozostało ze starego sposobu myślenia.