Relatywizm moralny

Albert Einstein dokonał rewolucji w fizyce, pokazując, że żaden punkt we wszechświecie nie jest absolutnym punktem odniesienia. Wszystkie współrzędne, wszystkie opisy prędkości i położenia mogą być podane jedynie względem czegoś innego, a zatem próby ujednolicenia ich przez przyjęcie stałego początku układu współrzędnych jest wyłącznie arbitralną ludzką decyzją, wyłącznie umową. Czyż tak samo nie jest z moralnością?

Często słyszę słowa “relatywizm moralny” w kontekście, w którym mają brzmieć pejoratywnie. Mają sugerować, że ktoś wybiera sobie z jakiegoś systemu moralnego tylko te fragmenty, które mu obecnie pasują, że różnych ludzi traktuje różnie i mierzy różnymi miarami... Ale czy to źle?

Absolutna zasada moralna mogłaby brzmieć “jeśli przywłaszczyłeś sobie cudzą własność, jest to złe”. Czy to dobra zasada? Owszem! Ale nie, jeśli miałaby być traktowana absolutnie!

Znalazłem na ulicy dwa złote, więc się uśmiechnąłem i schowałem je do kieszeni. Czy moje zachowanie jest godne potępienia? W końcu zdecydowanie było to “przywłaszczenie cudzej własności”! No oczywiście, że nie. Szukanie prawowitego właściciela byłoby bezsensowne, niewykonalne i nieopłacalne. A i właściciel pewnie nawet wcale nie zauważył, że coś zgubił. Natomiast przy większej kwocie zdecydowanie poszedłbym z takim znaleziskiem na policję. Nie czułbym się w porządku, wiedząc, że kogoś zgubienie sporej kwoty mogło wprowadzić w duże kłopoty, a przeze mnie traci on szanse ich odzyskania...

Inna sprawa to gdyby sięgnąć komuś do portfela i z premedytacją zabrać z niego pieniądze. Wtedy niezależnie od kwoty jest to godna potępienia perfidna kradzież. Ale też nie zawsze potępienia w tym samym stopniu. Przecież zależy: kto, komu, po co, na co i ile zwędził. Matkę, która nie ma czym nakarmić chorych dzieci i nie udało jej się wyżebrać, o wiele łatwiej zrozumieć i “rozgrzeszyć” niż polityka bezwstydnie rozkradającego grube miliony, współpracującego z mafią i oszukującego swoich wyborców.

A przecież każda z tych sytuacji może być opisana jako “przywłaszczenie cudzej własności”. Czy są tak samo złe? Jeśli uparcie trzymać się absolutyzmu moralnego, trzeba by uznać że są, a mam nadzieję że nikt tak nie zrobi. Ewentualnie można by pójść w kazuistykę i do “absolutnej moralności” dopisywać setki, tysiące różnych sytuacji, które absolutnie miałyby być prawdziwe. A przecież wszystkich przewidzieć się nie da.

W Ewangelii Mateusza czytamy: “Niech wasza mowa będzie: tak, tak; nie, nie” (Mt 5, 36). Stąd u wielu osób myślenie, że skoro “nie zabijaj”, to absolutnie nigdy przenigdy w żadnej sytuacji nie można zabić, koniec dyskusji. Nie ma dla nich sensu rozmawiać o eutanazji, aborcji czy karze śmierci, bo są zupełnie głusi na jakiekolwiek argumenty. Takie zamknięcie się jest niebezpieczne i nieludzkie. Nie próbuje zrozumieć człowieka i jego sytuacji, a jedynie sztywno trzyma się przepisów. Czy to słuszna postawa?

Co ciekawe większość ludzi, o których piszę, nie wywodzi z zakazu “nie zabijaj” niczego, co prowadziłoby do nie zabijania zwierząt czy roślin. A przecież absolutnie zrozumiane piąte przykazanie implikuje również i to. Z tym że taką głodówką sami siebie doprowadzilibyśmy do śmierci, a więc również złamalibyśmy “nie zabijaj [się]”! Ten zakaz moralny, absolutnie rozumiany, byłby wewnętrznie sprzeczny!

Co więcej, ci sami ludzie często nie mają nic przeciwko zabijaniu wrogów na wojnie. W imię patriotyzmu nawołują do zabijania przeciwników swojego narodu. Kiedyś w imię moralności obejmującej “nie zabijaj” zabijano muzułmanów podczas wypraw krzyżowych i palono heretyków na stosie.

Richard Dawkins w obliczu oskarżenia o to, że ateizm nie daje człowiekowi absolutnej moralności [link], odpowiedział, że to bardzo dobrze, że nie daje! Biblijna czy koraniczna moralność absolutna obejmowałaby takie rzeczy jak kamienowanie ludzi za cudzołóstwo, zabijanie ich za apostazję, dopuszczenie niewolnictwa oraz podległość kobiet mężczyznom. Dziś już tego nie robimy. Wyrośliśmy z tego. Zdaliśmy sobie sprawę, że “absolutna moralność” jest niemoralna. I zmieniliśmy ją. To, że jesteś teraz wolnym człowiekiem, a być może nie byłbyś, jest wyłącznie zasługą odcięcia się od absolutyzmu i samodzielnego rozważenia, co jest dobre, a co złe.

Relatywizm moralny to nie grzech. To właśnie absolutyzm jest okrutny i nieludzki.

Related posts:

Zerknijcie proszę na ten filmik z TED od 12:45 (są polskie napisy). Pan naukowiec opowiada w nim, jak to przeprowadzał eksperyment na małpkach kapucynkach – za wykonanie tego samego zadania jedna dostawała tylko ogórka, a druga winogrono, i wiedziały o tym nawzajem. Po tej pierwszej było widać, że czuła się potraktowana niesprawiedliwie, bo strzelała fochy i wkurzona rzucała jedzeniem w naukowców. Podobne eksperymenty wykonywano także z innymi gatunkami zwierząt. Niektóre szympansy nawet odmawiały przyjęcia swojej, lepszej nagrody, dopóki ten drugi również jej nie dostanie.

Co mnie uderzyło w tej historii to reakcja niektórych filozofów na wyniki eksperymentu. Twierdzili że to niemożliwe. Zwierzęta nie mogą mieć poczucia sprawiedliwości. Kropka.

Continue reading…
(~2 min read)

If it wasn’t for God, where would we take our moral code from? Every time I hear this question, I think about the slavery. If it wasn’t for God, how on earth would we know that owning another human being like a thing is something bad? How great is it, that God has warned us against this unimaginably immoral deed in his infallible word, the Bible. He has unambiguously forbidden slavery in the book of... that guy... nah, in the first letter to... you know, those guys...

Gdyby nie Bóg, skąd bralibyśmy nasz kodeks moralny? Zawsze, gdy słyszę to pytanie, myślę o niewolnictwie. Gdyby nie Bóg, skąd byśmy wiedzieli, że posiadanie drugiego człowieka jak rzeczy jest czymś złym? Dobrze, że Bóg nas przed tym niewyobrażalnie niemoralnym czynem przestrzegł w swoim nieomylnym słowie, Biblii. Jednoznacznie zakazał niewolnictwa w księdze... tego no... w pierwszym liście do... no tych no...

Moralność nie istnieje. A przynajmniej nie “obiektywnie”. “Objectively” to chyba jedno z ulubionych słów Williama Lane Craiga, ewangelicznego apologety, którego szczerze nie znoszę słuchać, bo nawet jeśli czasem zdarzy mu się mówić z sensem, to ciężko mi się się przebić przez jego niezmiernie irytujący, przemądrzały ton i pseudonaukowe, dogmatyczne wywody. Ale ad rem. Trafiłem na filmik [link] gdzie nawet da się go słuchać, a co więcej (i co dziwne) – ma sporo racji.

Continue reading…
(~3 min read)