Chciałbym zacząć od wyjaśnienia, czemu, tak pozornie bez szacunku, słowo “bóg” piszę w tym artykule małą literą. Otóż będę się tu zastanawiał nad różnorakimi ideami związanymi z naszym ludzkim opisywaniem, przybliżaniem i uczłowieczaniem sobie Absolutu, a nie o Nim samym. Poza tym przepraszam za spore uproszczenia historii i skupienie się tylko na kilku tradycjach, ale w końcu to tylko felieton, a nie artykuł naukowy.

Ad rem. Zaskoczyła mnie ostatnio myśl, że historia mojej własnej duchowości jest łudząco podobna do historii całej ludzkości w tym temacie (choć oczywiście w innej skali). Jedną i drugą można streścić w identycznych trendach: redukcji i dehumanizacji idei boga.

Przed cywilizacją “bogami” byli ludzie. I to bardzo dosłownie. W końcu większość wierzeń pierwotnych opiera się na kulcie przodków, a więc deifikacji dusz zmarłych.

U pierwszych cywilizacji bogowie wciąż byli do cna ludzcy. Zeus ze swoimi romansami, Dionizos ze swoim pijaństwem, Jahwe z mściwością, Hera z zazdrością, no chyba każdy bożek w każdej mitologii przejawiał jakieś ludzkie słabości, miał antropomorficzne wyobrażenie i charakter (no, choć te wyobrażenia czasem dostawały zwierzęcych głów tudzież innych modyfikacji).

Sporym przełomem było stopniowe odejście od poli- na rzecz monoteizmu. Przełomem, ale niekoniecznie progresem. Nie potrafię zrozumieć, na jakiej podstawie uważa się za oczywistość wyższość jednobóstwa nad wielobóstwem. No ale to akurat mniej istotne.

Według biblistów monoteizm judeochrześcijański wywodzi się z czasów przesiedlenia babilońskiego. Winą za tę tragedię Izraelici obarczyli cały panteon swoich (a raczej skopiowanych od Kananejczyków) bóstw, których jedyny sprawiedliwy spośród nich, Jahwe, karze w ten sposób za ich występki. Psalm 82 opowiada o sądzie Jahwe nad nimi i ogłasza ich upadek. [link]

Potem wykształciła się chrześcijańska idea boga transcendentnego... Bogowie greccy mieszkali na Olimpie, górze o całkiem osiągalnym szczycie, ale najwyraźniej nikt nie chciał się na niego pofatygować, by sprawdzić, czy rzeczywiście tam są. Jahwe również mieszkał ponoć na górze, “na Syjonie” (a wg innych fragmentów Biblii “na niebiosach”), ale wcale go tam nie widywano. Zatem wraz z rozwojem myśli filozoficznej zaczęto wyznawać pogląd, że bóg jest zupełnie poza światem, nieogarnialny, niedotykalny.

Od epoki oświecenia boga zaczęło być jeszcze mniej. Racjonaliści rozwinęli idee deistyczne, panteistyczne, ateistyczne... W nowoczesnym świecie nauka wyjaśnia już takie “niezbadane” zjawiska jak chociażby ruch słońca po niebie (którym, o dziwo, nie jest złoty rydwan Ra) czy pory roku (których, o dziwo, nie powoduje porwanie Demeter).

Dziś nauka nie potrafi znaleźć miejsca dla boga. Fizyk Stephen Hawking w Krótkiej historii czasu stara się jak może “wepchnąć” konieczność boga w fizykę, ale mu się to nie udaje. Biolog Richard Dawkins w Bogu urojonym wnikliwie rozważa hipotezę boga i dochodzi do wniosku, że jest wysoce nieprawdopodobna. Fizyk Lawrence Krauss wykazuje, że całkowita energia wszechświata wynosi dokładnie zero, a fluktuacje kwantowe doprowadziły do big bangu, czyli powstania wszystkiego z, dosłownie, niczego...

Historia mojej wiary jest w swej istocie podobna do tej, którą przed chwilą nakreśliłem. Najpierw wierzyłem w to, co wbili mi do głowy rodzice – w politeistyczne mity o tysiącach świętych, milionach aniołów, setkach matek boskich z różnych wiosek, w obrazki, figurki... Gdy zacząłem już myśleć samodzielnie, pojawiły się myśli o bogu uniwersalnym, nie zagarniętym przez żadną religię, nieograniczonym teologiami. Wciąż trwałem w chrześcijaństwie, w którym zostałem wychowany, lecz już bardziej protestancko, bez folklorystycznych naleciałości. A zatem z tysięcy bożków została Trójca. Potem i Trójca przegrała ze zdrowym rozsądkiem, został jeden. W końcu zostałem panenteistą na całego. Ach, no i cały czas była ta, no może nie “akceptacja”, ale “brak sprzeciwu” wobec ateizmu, a nawet myśl, że może i jest w tym racja.

Zarówno świat, jak i moja skromna osoba, postrzegamy boga jako coś coraz bardziej zredukowanego i coraz mniej ludzkiego. Pojawia się zatem pytanie o przyszłość. I automatycznie pojawia się odpowiedź: skoro coraz mniej i mniej, to prędzej czy później dojdzie to do ateizmu. No cóż, może i tak, ale mam wrażenie że to dość prymitywna ekstrapolacja.

Moim zdaniem te procesy są obdzieraniem Boga z nieboskości, tak aby w końcu dojść do Boga czystego, jak najmniej skażonego naszym ludzkim postrzeganiem. Człowiek ma potrzebę duchowości, czasem ma mistyczny kontakt z Czymś Większym, więc idea boga chyba na zawsze w nim pozostanie. Zostanie natura/symbol/miłość/czysty Bóg/jakkolwiek by to nazwać...

Lubię tę wizję nazywać “bogiem kwantowym”, bo przypomina mi eksperyment demonstrujący zasadę nieoznaczoności Heisenberga [link]. Promień lasera przechodzący przez szczelinę jest coraz węższy, im węższa jest szczelina. Lecz gdy jej szerokość jest mniejsza od wartości krytycznej, promień lasera, wbrew intuicji, zaczyna się rozszerzać.

Nazywam ją też “bogiem kukulskim”, bo w tym kontekście zaczynają mieć sens słowa Natalii Kukulskiej “im więcej ciebie tym mniej”. Ewolucja idei boga, pozornie umniejszając go, tak naprawdę ukazuje go większego, potężniejszego, naturalniejszego, piękniejszego...