Rasizm urojony

Rasizm jest wszechobecny. A przynajmniej tak się może człowiekowi wydawać, gdy poczyta trochę antyrasistowskich tekstów. Na przykład ten z Huffpost Tech zatytułowany Here’s Why Facial Recognition Tech Can’t Figure Out Black People, który wyjaśnia, dlaczego oprogramowanie do rozpoznawania twarzy tak słabo sobie radzi z osobami czarnoskórymi. Otóż tworzą je głównie biali inżynierowie, którzy testują je tylko na sobie. Co zdaje się mieć sens, sam często zapomnę o jakichś istotnych przypadkach testowych, dlaczego oni by nie mogli?

Ale żeby wszyscy? W niemal wszystkich firmach produkujących tego typu software? Coś to grubymi nićmi szyte. Obstawiałbym raczej problemy techniczne (wynikające z innego kontrastu pikseli) albo organizacyjne (zbyt niskie budżety, zbyt krótkie deadline...)

Ale zostawmy samo rozpoznawanie twarzy na boku, bo artykuł stawia tezę idącą znacznie dalej niż odpowiedź na tytułowe pytanie. Branża IT jest ponoć przytłaczająco mało różnorodna, i jest to problem, z którym musimy się zmierzyć.

Their [major tech companies] workforces are overwhelmingly white and male, particularly in technical jobs. Slack’s engineers, for example, are 72 percent white and 82 percent male.

Pracownicy głównych firm IT są w przytłaczającej większości białymi mężczyznami. Na przykład inżynierowie Slacka to w 72 procentach biali i w 82 procentach mężczyźni.

Przytłaczające, prawda? No właśnie niezbyt...

Wystarczy zajrzeć na Wikipedię, by dowiedzieć się, że w Stanach Zjednoczonych biali stanowią 72% populacji. W samej natomiast Kalifornii, gdzie Slack ma swoją siedzibę, jest to 79%. Czarnych jest tam 7,5%, podczas gdy wśród inżynierów Slacka – 7%. Skąd tak wielkie rozbieżności?

Oh wait, przecież tu wcale nie ma rozbieżności. Struktura demograficzna grupy inżynierów Slacka (ze względu na rasę) mniej więcej pokrywa się ze strukturą Kalifornii. Ba, biali są wręcz niedoreprezentowani!

No dobrze, ale co w takim razie z kobietami? Watpię, żeby było ich w okolicy jedynie 18%... Ale z drugiej strony, ile niby miałem kobiet na roku podczas studiów informatycznych? Wątpię czy aż jedną piątą. Nie żeby nie dopuszczano ich na studia, wręcz przeciwnie. Dzięki cudownemu polskiemu systemowi wyższej oświaty, w którym uczelnia nie może organizować egzaminów wstępnych, a kasę z budżetu otrzymuje w zależności głównie od liczby studentów, miejsc jest więcej niż chętnych, więc dosłownie każdy może się dostać na mój wydział informatyki (potem oczywiście znaczna większość się wykrusza i teoretycznie zostają tylko ci, którzy naprawdę nadają się do tej roboty).

Nie liczyłem, ile dokładnie kobiet było na pierwszym roku moich studiów ani ile na ostatnim, ale bardzo naukową metodą “na oko” mogę stwierdzić, że najpierw było ich niewiele, a na końcu zostało jeszcze mniej, choć proporcjonalnie mniej do tego, jak skurczył się w międzyczasie cały rocznik. Nie zauważyłem żadnej dyskryminacji wobec kobiet. One po prostu nie garną się do pracy w tej branży aż tak jak mężczyźni.

Czy to źle? Nie wiem. Jestem za tym, by każdy człowiek mógł robić to, co lubi i w czym jest dobry, niezależnie od płci, koloru skóry, orientacji seksualnej czy wyznania. Ale nie mam pojęcia, czy brak zainteresowania kobiet branżą IT wynika z ich naturalnych predyspozycji, czy może z narzucania im norm genderowych, z którymi potem zaczynają się identyfikować...

Wiem natomiast, że wspomniany artykuł niezbyt dobrze identyfikuje problem i jego źródło. Wprawdzie nie wytyka Slackowi rasizmu czy seksizmu ani wprost nie oskarża go o dyskryminowanie swoich potencjalnych pracowników, ale jednak podaje go jako negatywny przykład przytłaczających nierówności. A przecież jest wręcz przeciwnie! Slack dba o tolerancję w tym zakresie – właśnie po to przeprowadził cytowane badanie i na na jego podstawie wdrożył jeszcze lepszą politykę antydyskryminacyjną. Zatrudnia ludzi ze względu na ich kompetencje i chęci, a nie kolor skóry czy płeć. W tym samym raporcie z badania znajduje się informacja, że 45% stanowisk menadżerskich zajmują kobiety, a ponad 10% kadry identyfikuje się jako część społeczeństwa LGBTQ (czyli też mniej więcej tyle co w ogóle populacji, choć to akurat trudniej zmierzyć...).

W mojej firmie różnorodność w kadrach jest porównywalna z tym, co widać na ulicach Berlina. Ludzie są tu bardzo wielu narodowości, choć owszem, w przytłaczającej większości są biali. Czyli dokładnie tak samo jak w randomowo wybranym wagonie metra. Skąd firma ma wziać czarnych pracowników, skoro dookoła ich po prostu nie ma? I po co? Żeby zadowolić przewrażliwionych antyrasisów? Antyrasitów, którzy oczekują... no właściwie czego? Że w każdej firmie, w każdym dziale będzie dokładnie po równo białych, czarnych, Azjatów, Indian, Hindusów i Eskimosów? Po równo kobiet i mężczyzn? Tyle samo homo, co bi i hetero? Tyle samo cis, co trans? W każdej firmie, w każdym urzędzie i w każdym parlamencie? Gdzie się podziało patrzenie na kompetencje?

Podobnie nietrafiony był moim zdaniem atak na Akademię Filmową z powodu tegorocznych nominacji do Oskarów. Bo tak mało czarnych i tak mało gejów... Tyle że to nie ich wina, że tylko co dziesiąty Amerykanin jest czarny, ani że najlepsze role tak często dostają się białym aktorom, choćby i grali Czyngis Chana czy Nefretete. Owszem, w przemyśle filmowym rasizm istnieje i ma się dobrze, ale obarczanie całą winą Akademii Filmowej jest mocno nietrafione.

Takich przykładów doszukiwania się dyskryminacji tam, gdzie go jej ma, (oraz ignorancji w kwestii statystyki) można mnożyć i mnożyć. Jak choćby absurdalne pomysły wprowadzania parytetów w parlamencie. Gdybym był kobietą, czułbym się dyksryminowany raczej tym, że ktoś uznaje mnie za gorszą i na siłę daje mi fory. Nasza polityka jest zepsuta, ale czy aby na pewno ze względu na niedobór kobiet? Raczej przez nadmiar idiotów i złodziei, których i tak ciągle wybieramy z powrotem. Parytety na pewno dopuściłyby do władzy nowych twarze, to fakt. Ale czy skutecznie by to coś zmieniło w jakości naszej polityki, a przede wszystkim czy było by co do zasady słuszne – szczerze wątpię.

Z drugiej strony mamy wiele przykładów jawnego rasizmu, o którym jest zdecydowanie ciszej, niż o tych wspomnianych nietrafionych oskarżeniach o rasizm. Przykładów w tego samego kraju co Akademia Filmowa czy Slack.

Jest choćby flaga konfederacji, symbol między innymi rasizmu i niewolnictwa, która nie tylko nie jest zakazana, lecz wręcz przeciwnie: na południu Stanów jest masowo wywieszana przed domami czy lokalami wyborczymi, a nawet przed siedzibami stanowych kongresów... Jest zespół Redskins, którego nazwa i logo odnoszą się do masowego mordowania Indian przez Konkwistadorów i używania ich skóry jako trofeów wojennych. Jest Trump, który... no dobra, w tym przypadku nawet nie trzeba opowiadać, co w nim takiego rasistowskiego. I trzeba przyznać, że akurat o nim to jest odpowiednio głośno za oceanem...

Dyskryminacja z różnych względów jest problemem chyba w każdym kraju świata. Trzeba z nią walczyć, tępić, trzeba edukować, trzeba nauczyć się nie oceniać człowieka przez pryzmat tego, na co nie ma wpływu.

Ale róbmy to z głową.