Dawno dawno temu lubiłem sobie dzielić modlitwę na trzy części: proszę, dziękuję i przepraszam. Wydawało mi się to takie piękne i mądre... Najpierw biję się w piersi i błagam Boga o przebaczenie, potem już z czystszym sercem wychwalam jego nieskończoną miłość i dobroć, a na koniec pokornie proszę Go w swoich intencjach. Podobny układ ma zresztą msza święta – Kyrie, Gloria, Orate frates...

Ale to było dawno temu. Teraz troszeczkę inaczej podchodzę do modlitwy. Z tych trzech części zostało jedynie “dziękuję”. Dlaczego?

Ustalając sobie taki porządek modlitwy, miałem niemiłe wrażenie, że usiłuję Bogu schlebiać, aby łatwiej przystał na moje prośby. Że jak najpierw mu pokadzę, a przed tym jeszcze nawet walnę się w piersi, to Go na luzie przekonam, by spełnił, o co Go proszę... Tak, wstyd mi bardzo, że podchodziłem do modlitwy tak instrumentalnie. I z takim niemalże wyrachowaniem, choć usilnie próbowałem je negować. Ale byłem wtedy młody, niedojrzały i głupi, już mi przeszło, mam nadzieję... Zresztą, to tylko dygresja, a teraz ad rem.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio Boga o coś prosiłem. Anthony de Mello mawiał “nie kłopocz Boga tym, co możesz zrobić sam”. A możemy bardzo wiele! Wystarczy uwierzyć w swoje możliwości, stanąć w prawdzie o sobie i swoich umiejętnościach, swojej wytrwałości, sile woli i odwadze, aby przekonać się, że najprawdopodobniej wszystko, co osiągnęliśmy miało jak najbardziej naturalne źródła.

Bóg, jeżeli istnieje i jest miłością, to zawsze daje nam to, co jest dla nas dobre. Nie to, czego chcemy. Bo przecież my wcale nie chcemy dla siebie dobrze! Chcemy się schlać do nieprzytomności, choć wiemy, jakie będą tego skutki. Chcemy ruchać się ile wlezie i bez zobowiązań, choć najczęściej nie wyjdzie nam to na zdrowie. Chcemy wieść bezproblemowe życie, a nie doceniamy tego, jak wiele nas uczą nasze problemy, cierpienia i choroby. Bóg, jeśli jest wszechwiedzący, wie lepiej, co jest dla nas dobre. A jeśli jest dobry, to nam to da.

W takim razie po co Go prosić? To wręcz jakby Mu mówić “Ja wiem lepiej! Jeśli nie chcesz dla mnie tego, co ja, to zmień zdanie, bo cię proszę”.

Doprawdy mały musiałby być Bóg, dla którego jest istotne, ile czasu spędzi się przed Nim na kolanach, ile kadzidła się Mu wypali i ile zdrowasiek wyrecytuje! Prawdziwa miłość jest bezinteresowna i bezwarunkowa!

Z podobnych powodów nie przepraszam Boga. On już dawno mi wybaczył i zapomniał.

Pewna kobieta utrzymywała, że ukazał jej się Bóg. Poszła zatem poradzić się do swojego biskupa. Dobry biskup powiedział jej:

– Droga pani, być może pani wierzy w iluzję! Musi pani zrozumieć, że jestem biskupem diecezji i mam możliwość oceny, czy te wizje są prawdziwe, czy fałszywe.

– Oczywiście, Ekscelencjo.

– Taka jest moja odpowiedzialność i mój obowiązek.

– Wiem, Ekscelencjo.

– Zatem, droga pani, zrobi pani tak, jak przykażę.

– Zrobię, Ekscelencjo.

– Gdy następnym razem Bóg się pani objawi, jak to pani utrzymuje, podda Go pani próbie, aby wiedzieć, czy jest to naprawdę Bóg.

– Dobrze Ekscelencjo. A jaka to próba?

– Powie pani do Boga: „Objaw mi, proszę, prywatne i osobiste grzechy mojego biskupa”. Jeśli to naprawdę Bóg się pani objawia, wówczas wyjawi moje grzechy. Po tym wróci pani tutaj i powie mi, co powiedział; do mnie, i do nikogo innego. Zgoda?

– Tak właśnie zrobię, Ekscelencjo.

Miesiąc później kobieta poprosiła o przyjęcie przez biskupa, który zapytał ją:

– Objawił się pani na nowo Bóg?

– Wierzę, że tak, Ekscelencjo.

– Zapytała Go pani tak, jak jej przykazałem?

– Oczywiście Ekscelencjo!

– I co pani Bóg odpowiedział?

– Powiedział do mnie: „Powiedz biskupowi, że Ja już zapomniałem jego grzechy”.

Poczucie winy nie zawsze jest dobrym uczuciem. To świetnie, jeśli jest impulsem do refleksji i poprawy swojego postępowania, ale źle, jeśli wpędza człowieka w depresję, niekończące się i nadmierne wyrzuty sumienia albo powoduje u niego utratę poczucia własnej wartości.

Jeśli zrobiłem coś złego, to idę to naprawić! A nie napastuję Boga potokiem słów skruchy... Bo przecież On i tak ją zna, zna moje serce do głębi! I to czyny są ważne, a nie słowa.

Zniknęło więc “proszę” i “przepraszam”. Rozpłynęło się. Zostało “dziękuję”. W sumie to nawet nie jako słowo, lecz jako podejście do życia. Bo słowa upraszczają i zniekształcają rzeczywistość. Jakkolwiek by nie były piękne i przydatne, to niektórych rzeczy słowami wyrazić się po prostu nie da.

Nie ma zatem słowa, jest coś więcej. Radość życia. Poczucie nieustannej wdzięczności za wszystko. Oto moja modlitwa.