Uwielbiam piosenki, które wcale nie są o tym, o czym się wydają że są...

Takie na przykład Pumped Up Kicks, radosne, spokojne, a opowiadające o... strzelaninie w szkole. Albo romantyczne, melancholijne Happy Birthday, mówiące o wyrzutach sumienia po aborcji. Tak samo Prayer in C zaskoczyło mnie swoim tekstem. Brzmi przecież tak beztrosko, prawda? A jednak ta beztroska jest tak beznadziejna, bezsilna...

Nie trzeba doktoratów, by zrozumieć przesłanie tekstu. To jedna wielka pretensja do Boga, który nie interesuje się światem, który zostawił go samego sobie, pozwolił mu niszczeć i przemijać, a ludziom – cierpieć i umierać. To żal, który nawet nie bierze pod uwagę możliwości przebaczenia. To ból, który nawet nie próbuje znaleźć ujścia.

I to jest w nim piękne. Pogodzenie się z losem jako przepis na szczęście. Samsara. Świat przepływający obok, nie mający na nas wpływu. Brak pośpiechu, brak zmartwień – nie dlatego, że mamy pusty terminarz, lecz dlatego, że wewnętrznie osiągnęliśmy spokój. Akceptacja faktu, że Bóg nie jest nam do niczego potrzebny. I jeszcze ten teledysk, wyciągający z Berlina esencję atmosfery tego miasta... Cudo!