Niejasnego i naciąganego podziału na lewicę i prawicę raczej się prędko nie pozbędziemy – a szkoda, bo jest idiotyczny. Zdaje mi się jednak, że udało mi się znaleźć jeden prosty wyznacznik “prawicowości” i “lewicowości”, który jakkolwiek usprawiedliwia dzielenie całego wielowymiarowego spektrum poglądów na raptem dwie kategorie.

Jedni wyznają random, drudzy – wybór.

Fakt, że ludzie wciąż wierzą w swoje religie, mimo istnienia całej masy innych, niewiele od siebie różnych i równie niepopartych dowodami, jest zadziwiający. Każdy wierzy, że to właśnie ta jego religia jest tą jedyną prawdziwą. Nie mogą wszystkie jednocześnie być prawdziwe – za to mogą (i są) wszystkie fałszywe. Argument mający udowadniać jedną z nich, po drobnych przeróbkach mógłby udowadniać dowolną inną. My katolicy mamy świętą książkę – ale muzułmanie też mają świętą książkę. My hinduiści mamy nadprzyrodzone cuda – ale chrześcijanie też mają swoje. Świat skądś się musiał wziąć, a ja wierzę że stworzył do Allah – no to super, ale ja wierzę że stworzył go Dju Dju ze szczytu góry.

Tak naprawdę głównym powodem wiary w tę, a nie inną religię, jest czysty przypadek. Urodziłeś się w rodzinie katolickiej – to będziesz od dziecka zindoktrynowany do wiary w dogmaty Kościoła katolickiego. Twoi rodzice są gorliwymi buddystami – ciebie pewnie też to czeka. Gdybyś urodził się w starożytnej Grecji, zapewne święcie wierzyłbyś, że światem rządzi Zeus & company. Religie to piramidy finansowe oparte na werbowaniu swoich dzieci.

To samo z nacjonalizmem i patriotyzmem. Wylosowałeś w loterii genetycznej akurat ten a nie inny skrawek lądu, tych a nie innych rodziców. Czy to naprawdę taki wielki powód do dumy? Czy to naprawdę oznacza, że Polska jest zajebistsza od każdego innego państwa i narodu? Czy twoja ojczyzna jest większą wartością niż ojczyzna kogokolwiek innego?

Nic nie poradzisz na to, że urodziłeś się homo, bi czy trans. Wśród Polaków, katolików, konserwatystów też są ludzie LGBTQ – tyle że niekoniecznie biorą to na klatę, decydując się żyć w zgodzie ze swoją naturą.

Ciąża czasem może się zdarzyć – mimo antykoncepcji, mimo ostrożności. Można wtedy albo pogodzić się z kaprysem losu, uparcie trzymając się tego, że skoro już się poczęło, to trzeba za wszelką cenę podjąć się tej odpowiedzialności urodzenia, wychowania i utrzymania dziecka, ale można też świadomie dokonać wyboru, czy aby na pewno chcemy się na to zdecydować.

W kwestiach ekonomicznych można wychodzić z założenia, że skoro ktoś przegrał w loterii losu, rodząc się w ubogiej rodzinie czy poważnie chorując, to przegrał w życie, no i co zrobisz, Grażynko, nic nie zrobisz. Można też budować solidarne społeczeństwo, w którym ulubieńcy losu pomogą tym mniej obdarowanym wieść w miarę szczęśliwe życie.

Wygląda więc na to, że gdy wpychamy ludzi w szufladki “prawicowiec” / “lewicowiec”, bardzo często rozbija się to po prostu o czyjeś podejście do kwestii reakcji na kaprysy losu. (Poza przypadkami, gdy po prostu krzyczymy “nie zgadza się ze mną w kwestii X, więc to na pewno lewak/prawak!”).

Szczerze podziwiam ludzi, którzy decydują się działać zgodnie ze swoim wyborem, mimo życiowych przypadków. Ludzi, którzy jak Eliza Michalik czy paru moich znajomych porzuciło “wiarę przodków” i zostało protestantami. Wprawdzie wciąż wierzą, ale przynajmniej podjęli trud znalezienia ku temu lepszych powodów niż “no bo jestem z porządnej, katolickiej rodziny”. Ludzi, którzy nie wstydzą się swojego homoseksualizmu mimo życia w homofobicznym społeczeństwie. Ludzi, którzy nie zamykają się w jednej kulturze, jednym języku, jednym narodzie, jednym państwie, lecz sami wybierają sobie dom, rodzinę, społeczeństwo.