Ostatnio zbyt wiele politycznego w moim życiu się dzieje...

Gdy byłem jeszcze młodszy i głupszy niż teraz, chciałem wziąć się za politykę. Poukładać wszystko w tym kraju, pomóc ludziom, pozbyć się złodziei ze stołków. Same szczytne pobudki, czyż nie? Wszystko dla dobra wspólnego. Potem trochę zmądrzałem, bo zdałem sobie sprawę, że nic z tego. Polityczne gówno jest bardziej gówniane niż się spodziewałem. Przerasta mnie. Jeszcze bardziej utwierdziłem się w tym przekonaniu w ciągu ostatnich paru miesięcy, gdy chcąc nie chcąc zostałem trochę wkręcony w politykę, a przynajmniej obserwowanie jej z bliska...

Polityka to gówno

Mało kto jest tam dla innych, nie dla siebie. Nawet spotkania stowarzyszenia mającego pomagać obywatelom i kontrolować władze samorządowe, teoretycznie apolitycznego, choć złożonego głównie z byłych członków pewnej partii, w praktyce są zdominowane przez intrygi przeciw tejże partii i kombinowanie, jakby tu wepchnąć swoich ludzi do władzy. Dowolnej władzy, w dowolnej instytucji, z ramienia dowolnej partii. Lawirowanie między partiami to norma, zresztą każdy to widzi w telewizji. Najbardziej zagorzały PiS-owiec potrafi bez mrugnięcia okiem przejść do “znienawidzonej” platformy, jeśli uzna, że mu się to opłaca.

Tu się ocieramy o kwestię już bardziej filozoficzną: czy to źli ludzie idą do polityki, czy polityka psuje dobrych ludzi? Hmm... Joshua Ha’nocri nazywał każdego “dobrym człowiekiem”, bo wierzył, że żaden człowiek nie jest zły. Tylko w połowie się z nim zgodzę: nigdy nikogo nie nazwę ani “dobrym” ani “złym” człowiekiem. Jesteśmy zbyt złożonymi istotami, by zamykać nas w tak wąskie ramy. Ta dychotomia dobry-zły jest zawsze głupia i fałszywa, bo w każdym z nas jest wiele tego i wiele tego [→ Dychotomie]. A zatem może jest to tak, że pokusa władzy potrafi wydobyć z nas te wszystkie mroczniejsze strony osobowości, nawet jeśli wchodzimy w temat z dobrymi intencjami? Nie wiem. Cokolwiek bym nie odpowiedział na to pytanie, byłoby to błędne. Każda kariera polityczna jest inna, co by nie powiedzieć, za bardzo byśmy uogólnili.

Pozycja jest odwrotnie proporcjonalna do kompetencji

Bo w polityce są też zajebiści ludzie. Są. Znam osobiście kilku posłów i kilku kandydatów do parlamentu europejskiego, wszystkich lubię, ze wszystkimi miło spędza się czas. Ale czy zagłosowałbym na kogoś z nich? Sam nie wiem... Fajnie się głosuje, znając nazwiska na karcie tylko z telewizji i ładnego krawata. Możesz sobie uwierzyć w ich PR-owy obraz, postawić krzyżyk i odejść. A tutaj? Wiem, jakie naprawdę mają podejście do tego wszystkiego, po co tam się pchają, jacy są poza mediami. I choćby nie wiem jak miło nie było z nimi na imprezie czy przy kawie, to mam tę smutną świadomość, że ich obecność we władzach nie zmienia (nie zmieniłaby) przesadnie dużo na dobre w tym państwie.

Ci, którzy naprawdę chcą coś zmienić, mają nikłe szanse na sukces. Są na samym dnie hierarchii, przeważnie jako szeregowi działacze, wolontariusze. Im wyżej, tym bardziej przesiąknięci zgnilizną tego środowiska. W im większej i silniejszej partii, tym większa szansa, że są po prostu łasi na władzę, a niewiele ich obchodzi dobro współobywateli.

Wszyscy są tacy sami

Byłem na debacie dwóch kandydatów do PE. Dziwna. Zieloni kontra TR, lewica kontra lewica. Kłócili się, kto jest bardziej lewicowy, przerzucali się mądrymi słówkami i deklaracjami bez pokrycia. Umarłbym z nudów, gdyby nie jeden z widzów, który, mając doświadczenie w pracy w komisjach w PE, bezlitośnie wyktnął obu oponentom, że nie mają zielonego pojęcia, jak wygląda brukselska rzeczywistość, że kto by nie wygrał w tej ich bitwie o ideały, i tak żaden nie da rady choćby zacząć ich realizować. Bo nawet jako europosłowie zostaną zagłuszeni przez ludzi, którzy naprawdę mają władzę. Zostaną sprowadzeni do roli maszynek do wciskania przycisków i ewentualnie przyjmowania łapówek. Nie mają żadnego praktycznego planu na swoją kandencję. Btw, najbardziej rozśmieszył mnie prof. Krysztofiak (znany zresztą stąd: → Gender kontra antygender) tym, jak roztaczał piękną (i zupełnie oderwaną od rzeczywistości) wizję zbudowaniania drugiej Doliny Krzemowej na... zachodniopomorskich bagnach...

Byłem też na innej debacie kandydatów do PE, gdzie oponentów było już więcej. Ale też nie polecam. Nudy niemożebne. No dobra, można się zafascynować tym paradoksem, że oni wszyscy gadają to samo, a mimo to ciągle się o to kłócą. Ale oprócz niego nie ma już nic ciekawego.

Jedynym, który się w tamtym gronie wyróżniał, był Korwin-Mikke. Resztę można by pozamieniać miejscami, przylepić im łatki innych partii, pomieszać ich wypowiedzi, a i tak ciężko by było zauważyć różnicę. Korwin wniósł życie do tej jałowej dyskusji, rzucał żartami, angdotami i nie do końca chyba przemyślanymi tekstami. Wszyscy inni debatowali, co by pozmieniać w establishmencie, Korwin deklarował zlikwidowanie go. Wszyscy chwalili się, na co powydawali cudze pieniądze, Korwin postulował zupełnie inny sposób myślenia o wydatkach publicznych. I choć wcale nie przyszedłem na debatę tylko dla niego (bo jego wcale tam nie miało być), to potem już przy każdej rundzie pytań czekałem tylko na jego wypowiedź, żeby nie umrzeć z nudów. On sam zresztą widocznie miał podobne podejście, bo zdarzyło mu się nawet przysnąć w trakcie...

A jednak na niego także mam wątpliwości, czy bym zagłosował. Każdy zna z telewizji wady JKM-a. Zwolennicy twierdzą, że to po prostu manipulacje mediów. Ale nie. Widać perfidnie, że on sam się podkłada. Że nie chce wygrać. Gdy tylko słupki rosną mu zbyt blisko progu wyborczego, od razu robi coś głupiego. Mówi o Hitlerze, o miejscu kobiety w rodzinie, chwali “lekką” pedofilię, a gdy nawet to już się przejadło, pomawia innych o gwałty. Może nawet i mieć rację, że podatki za Hitlera były niższe, albo że kobiety są szczęśliwsze siedząc w domu. To nieważne. Ale on bardzo dobrze wie, jak takie wypowiedzi wpłyną na jego poparcie. Wystarczy się powstrzymać na czas kampanii, puścić temat mimo uszu w imię wyższej sprawy – zwycięstwa w wyborach i rozpoczęcia zmiany Polski – nawet za cenę przemilczenia niektórych, co bardziej kontrowersyjnych poglądów.

To nawet nie są raptem przypuszczenia. Sam JKM szczerze powiedział mojemu kumplowi na jakiejś tam imprezie, że jemu zwycięstwo do niczego niepotrzebne, a wręcz tworzyłoby same problemy. On i tak ma już dość kasy z tego, co robi dotychczas. Oj, Kongresie Nowej Prawicy, radzę Wam szybko znaleźć sobie kogoś do zastąpienia JKM-a, bo już teraz macie przez niego same problemy, lecz bez niego jesteście (póki co) niczym, więc jakby kiedyś zniknął, to Wy znikniecie razem z nim...

Mamy głupi podział lewica/prawica

Skoro ktoś twierdzi, że człowiek jest na tyle odpowiedzialny i zdolny, by móc decydować bez ograniczeń o swoim życiu, o życiu swojego nienarodzonego dziecka, o tym, z kim sypia i w co wierzy, to jak może jednocześnie twierdzić, że nie jest na tyle odpowiedzialny, by decydować i własnych pieniądzach?

Skoro ktoś twierdzi, że to człowiek sam wie najlepiej, gdzie powinna pójść jego kasa, że ma prawo wybrać między prywatną a publiczną służbą zdrowia, systemem emerytalnym czy szkolnictwem, to dlaczego ten sam ktoś twierdzi również, że w sprawach społecznych jesteśmy za głupi, by podążać za własną moralnością, i chcą narzucić nam prawa oparte na punkcie widzenia “jedynej słusznej” religii?

I jedna i druga strona jest po prostu niekonsekwentna. Albo dajemy obywatelom wolność, albo nie. Nie widzę powodu, by aż tak bardzo rozgraniczać sprawy społeczne od ekonomicznych. To integralne i równie istotne części tego samego życia.

Scena polityczna nie mieści się w tej głupiej dychotomii prawica/lewica. Już zdecydowanie bliższym rzeczywistości jest “diagram Nolana” (powyżej). Sam też nie jestem ani “prawicowcem” ani “lewicowcem”. (Co, btw, ma taki plus, że mogę się śmiać zarówno z idiotyzmów lewicy, jak i prawicy).