Nad dobrodziejstwami medytacji można by rozprawiać naprawdę długo. Naukowcy wciąż badają jej zadziwiający, dobroczynny wpływ na zdrowie zarówno psychiczne, jak i fizyczne (więcej informacji: Research on meditation).

A ja chciałbym tu o niej wspomnieć z punktu widzenia mojego, osobistego. Przyznaję, niekoniecznie kompetentnego i doświadczonego, ale może właśnie przez to bardziej bliskiego codzienności niż wyrafinowane techniki Mistrzów Zen.

Medytacja to nic innego jak niemyślenie. Oczyszczenie umysłu ze wszystkiego, co go zaśmieca. Paradoksalnie aktywna bezczynność.

Jestem zdecydowanym fanem myślenia, ale chyba każdy zauważył w swoim życiu, że czasem myśli jest po prostu zbyt wiele. Z bałaganu przemyśleń, wątków i tematów ciężko wyłowić to, co naprawdę istotne. Ciężko zająć się życiem, gdy coś nas przygnębia i nie daje umysłowi normalnie funkcjonować. Wtedy z pomocą przychodzi medytacja.

Jest cholernie trudna. Tak zupełnie zupełnie nie myśleć, stopić się z otoczeniem, poczuć się wplecionym w materiał wszechświata, tak najzwyczajniej w świecie być, nie przeszkadzać rzeczywistości, lecz ją obserwować – oto wielka sztuka.

Na szczęście można zacząć od czegoś łatwiejszego: ograniczyć świadomość do tylko jednej rzeczy. Czegokolwiek. Własnego oddechu, płomienia świecy, dziury w ścianie... Najpopularniejsze jest chyba skupienie na ciągu monotonnych sylab, czyli tzw. mantry. Wprawdzie można gdzieniegdzie przeczytać jakieś bzdury w stylu “sylaba ‘ra’ wygania złe duchy, a ‘mi’ wzbudza współczucie” (i wielu np. Tybetańczyków w to wierzy), ale głównym celem mantrowania jest zwyczajnie nierozpraszanie się. Swoją drogą, pewnym rodzajem mantrowania jest katolickie klepanie różańca...

Mi ogromnie pomaga muzyka. Warto znaleźć sobie utwory, które są monotonne, być może hipnotyczne, jeśli z tekstem, to najlepiej w języku, którego nie znamy za dobrze. Włączyć i zapętlić. Oto moja krótka lista polecanych:

Warto jeszcze wspomnieć, że wbrew powszechnemu przekonaniu medytacja wcale nie równa się siedzeniu w pozycji kwiatu lotosu (jak na obrazku powyżej). Pozycja może być najzupełniej dowolna. Słyszałem tylko, że należy mieć wyprostowany kręgosłup, ale nie wiem, czy ma to związek z medytacją per se, czy tylko z troską ortopedów.

Dla mnie najwygodniejszą pozycją jest leżenie na wznak na plecach, a najdogodniejszą porą jest wieczór, tuż przed snem. Warto tylko uważać, żeby nie zasnąć w trakcie.

Często też wplatam medytację w inne czynności w trakcie dnia, i inni ludzie zapewne też, choć nie do końca zdają sobie z tego sprawę. Ot, choćby takie tępe patrzenie się w przestrzeń podczas jazdy autobusem. Albo coś co uwielbiam właśnie ze względu na to, że działa na mnie jak najgłębsza medytacja – prowadzenie samochodu. Ciężko o lepsze skupienie, przynajmniej dla początkujących kierowców. Duża odpowiedzialność i jeden cel: dojechać z X do Y bez zabijania nikogo po drodze. Zadziwiające, jak w obliczu takiego zadania umysł potrafi się oczyścić! Kolejny przykład: seks. Najpiękniejsza medytacja. Gdy cały świat znika, a zostaje tylko druga osoba i uczucie między wami...

Gdy medytuję, mam wrażenie, że każde drgnienie myśli, które raz na jakiś czas wyłania się z nicości, jest szczególne. Rodzą się wtedy najlepsze pomysły!

Medytacja pomaga mi przezwyciężyć złość i ból, wprowadzić się w długotrwały, błogi stan pozytywnej obojętności wobec losu i świata. Aktywnej obserwacji.

Naprawdę warto spróbować!