• To zadziwiające, że wystarczy przenieść się o jakieś 150 km, żeby zacząć zarabiać dwa razy więcej, wreszcie dostać umowę o pracę, świetną opiekę zdrowotną i pewną emeryturę...
  • No dobra, nie jest aż tak kolorowo, że “wystarczy 150 km”. Podczas gdy w Polsce do wynajęcia mieszkania przeważnie wystarczy znaleźć odpowiednie, obejrzeć je, wpłacić kaucję w wysokości miesięcznego czynszu i podpisać umowę – o tyle w Niemczech ta kaucja jest najczęściej trzykrotnością czynszu (który sam w sobie jest wyższy niż tutaj) i trzeba na nią odłożyć zarabiając jeszcze w złotówkach. Do tego wymagane jest zaświadczenie o braku zadłużenia, referencje od poprzedniego wynajmującego, dowody zarobków i jeszcze trochę papierologii... Dobrą, legalną pracę nie tak łatwo znaleźć, nie będąc tam na miejscu i nie mając tam meldunku, więc trochę błędne koło się z tego robi. A z drugiej strony, mieszkać można kątem u znajomych czy rodziny, a pracować niekoniecznie trzeba legalnie. Imigrantów tam od zarąbania i jakoś z tym wszystkim dali radę, więc może to mi tylko wydaje się takie trudne.
  • Wszyscy narzkają, jakie to Niemcy zalewane masami Turków i Arabów. Phi! Gdzie bym się nie rozglądał, zdecydowanie wygrywają z nimi Azjaci.
  • Piszą w internetach, że Friedrichshain to strasznie lewacka dzielnica, pełna anarchistów, zboczeńców i innych wykolejeńców. A mimo to, choć wcale nie wygląda na bezpieczną i przytulną, ponoć jest właśnie jedną z bezpieczniejszych. W takim razie pomyśleć tylko, jak przytulnie musi być wśród porządnych, prawych narodowców! Oh, wait...
  • Nie ma nic dziwnego w tym, że urząd miejski znajduje się w środku centrum handlowego. Zupełnie nic.
  • “Niestety to mieszkanie niezbyt się nadaje dla dwóch chłopaków chcących mieć osobne pokoje. No chyba że jesteście parą.” – Ot tak po prostu, najnormalniejsza rzecz na świecie. Uwielbiam to miasto!