Patriotyzm postrzegam jako coś na kształt świeckiego dogmatu. Dla wielu jest to coś niepodważalnego i nawet się nie zastanawiają nad jego sensem. Mnie także tak nauczono. Gdy w szkole poznałem termin “kosmopolityzm”, najpierw zachwyciłem się tą ideą, a potem przeraziłem, że przecież to się kłóci z patriotyzmem... A tak nie wolno. Bo nie.

Ale właściwie czemu? Czemu miałbym sobie poczytywać za zasługę, że “wylosowałem” akurat tę, a nie inną, długość i szerokość geograficzną? Czy mam się czuć lepszy albo gorszy od kogoś dlatego, że jestem z Polski, a on nie? Czemu miałbym poczytywać sobie za moralny obowiązek wierność jakiejkolwiek fladze, narodowi czy organizacji?

Bo państwo jest tylko organizacją. Po prostu posiada władzę i terytorium. Ale przecież nie jesteśmy chłopami pańszczyźnianymi, przywiązanymi do pana i zmuszonymi do posłuszeństwa! Dlaczego mielibyśmy być moralnie przywiązani do państwa czy narodu?

Podziały narodowe są sztuczne. Granice państw są abstrakcyjnymi liniami. Ludzie są przedstawicielami narodowości mieszanych w najróżniejszych konfiguracjach. Po co w ogóle skupiać się na czymś, co nas dzieli, zamiast na tym, co nas łączy? Czemu przelewać krew za coś tak efemerycznego i sztucznego?

Żeby nie było: nie neguję roli kultury, wręcz przeciwnie. Jestem fanem wszelakiej różnorodności, wzajemnego przenikania się kultur, czerpania od innych tego, co dobre. Nacjonalizm i patriotyzm natomiast są zawsze jakimś zamknięciem na to, co obce; opierają się na wyróżnieniu spośród całego ogromu kultur i narodów – tylko jakiejś jednej. I to zupełnie bezpodstawnie.

Nie neguję też szczerych uczuć żywionych wobec ojczyzny ani oddanego za nią życia. Ale po prostu ich nie podzielam ani nie podziwiam. Zginęli nie za ojczyznę, lecz za interesy rządzących, za ropę, za cudze pieniądze, wpływy i władzę. Szkoda ich... Szkoda wszystkich ofiar bezsensownych wojen...

Nie neguję też takich rzeczy jak sentyment do miejsca urodzenia, pielęgnowanie wspomnień z dzieciństwa czy przywiązanie ludzi do miejsc. Warto tu przywołać nauki buddyjskie i wynikające z nich motto Antoniego de Mello: _“niczego się nie wyrzekać, do niczego się nie przywiązywać_. Dla osoby wolnej każde miejsce może być domem, cały świat ojczyzną, a każdy człowiek rodakiem!

W tym temacie ciągle chodzą mi po głowie dwa przepiękne wiersze:

Julian Tuwim
DO PROSTEGO CZŁOWIEKA

Gdy znów do murów klajstrem świeżym
Przylepiać zaczną obwieszczenia,
Gdy “do ludności”, “do żołnierzy”
Na alarm czarny druk uderzy
I byle drab, i byle szczeniak
W odwieczne kłamstwo ich uwierzy,
Że trzeba iść i z armat walić,
Mordować, grabić, truć i palić;
Gdy zaczną na tysięczną modłę
Ojczyznę szarpać deklinacją
I łudzić kolorowym godłem,
I judzić “historyczną racją”,
O piędzi, chwale i rubieży,
O ojcach, dziadach i sztandarach,
O bohaterach i ofiarach;
Gdy wyjdzie biskup, pastor, rabin
Pobłogosławić twój karabin,
Bo mu sam Pan Bóg szepnął z nieba,
Że za ojczyznę - bić się trzeba;
Kiedy rozścierwi się, rozchami
Wrzask liter pierwszych stron dzienników,
A stado dzikich bab - kwiatami
Obrzucać zacznie “żołnierzyków”. -
- O, przyjacielu nieuczony,
Mój bliźni z tej czy innej ziemi!
Wiedz, że na trwogę biją w dzwony
Króle z panami brzuchatemi;
Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
Gdy ci wołają: “Broń na ramię!”,
Że im gdzieś nafta z ziemi sikła
I obrodziła dolarami;
Że coś im w bankach nie sztymuje,
Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły tłuste szuje
Cło jakieś grubsze na bawełnę.
Rżnij karabinem w bruk ulicy!
Twoja jest krew, a ich jest nafta!
I od stolicy do stolicy
Zawołaj broniąc swej krwawicy:
“Bujać - to my, panowie szlachta!”

Wisława Szymborska
PSALM

O, jakże są nieszczelne granice ludzkich państw!
Ile to chmur nad nimi bezkarnie przepływa,
ile piasków pustynnych przesypuje się z kraju do kraju,
ile górskich kamyków stacza się w cudze włości
w wyzywających podskokach!

Czy muszę tu wymieniać ptaka za ptakiem jak leci,
albo jak właśnie przysiada na opuszczonym szlabanie?
Niechby to nawet był wróbel - a już ma ogon ościenny,
choć dzióbek jeszcze tutejszy. W dodatku - ależ się wierci!

Z nieprzeliczonych owadów poprzestanę na mrówce,
która pomiędzy lewym a prawym butem strażnika
na pytanie: skąd dokąd - nie poczuwa się do odpowiedzi.

Och, zobaczyć dokładnie cały ten nieład naraz,
na wszystkich kontynentach!
Bo czy to nie liguster z przeciwnego brzegu
przemyca poprzez rzekę stutysięczny listek?
Bo kto, jeśli nie mątwa zuchwale długoramienna,
narusza świętą strefę wód terytorialnych?

Czy można w ogóle mówić o jakim takim porządku,
jeżeli nawet gwiazd nie da się porozsuwać,
żeby było wiadomo, która komu świeci?

I jeszcze to naganne rozpościeranie się mgły!
I pylenie się stepu na całej przestrzeni,
jak gdyby nie był wcale wpół przecięty!

I rozlegnie się głosów na usłużnych falach powietrza:
przywoływawczych pisków i znaczących bulgotów!

Tylko co ludzkie potrafi być prawdziwie obce.
Reszta to lasy mieszane, krecia robota i wiatr.