Msza trydencka to jedna z takich liturgii, po których aż mam ochotę się nawrócić. Niestety tylko raz udało mi się w niej uczestniczyć (w moim mieście jest odprawiana tylko w jednym kościele, w niezbyt pasującym terminie), więc może za bardzo patrzę na cały ryt przez pryzmat tylko jednej celebracji. Ale mam szczerą nadzieję, że każda inna (czy to przed soborem, gdy ryt ten był powszechny, czy dziś, gdy już dogorywa) jest i była przygotowywana z równie wielką starannością, pompą i zaangażowaniem.

Nie jest tak, że msza przedsoborowa po prostu “jest po łacinie i ksiądz stoi tyłem”. Nie bez powodu nazywa się to “nadzwyczajną formą rytu rzymskiego”. Ona jest nadzwyczajna. Jest inna. Jest tak inna od posoborowej, jak Stary Testament jest różny od Nowego, mimo że teoretycznie oba mówą o tym samym Bogu i tej samej miłości.

Czuje się sacrum. Wprawdzie ostatnio coś tam skrobałem o tym, że podział na sacrum i profanum jest głupi [→ Dychotomie], ale nie mogę zaprzeczyć, że podczas mszy w rycie trydenckim po prostu się to czuje. Wręcz widać ścianę boskości między prezbiterium a resztą kościoła. Czuć, że kapłan ma być kimś więcej niż tylko człowiekiem. Samo to, że używa się łaciny, już się do tego mocno przyczynia. Sam, choć w tym języku poruszam się całkiem nieźle, czułem, że ona mnie odgradza od tego sacrum, że tworzy jakąś barierę. Choć niby ją rozumiem, to cały czas miałem wrażenie, że nie rozumiem niczego. Że to, co widzę, jest nie do zrozumienia, jest tajemnicze, nieludzkie, jest ponad człowiekiem. Łacina buduje magię językową, sprawia wrażenie, że to wszystko jest jakimś tajemnym rytuałem, w którym uczestnictwo jest wręcz zaszczytem, a nie – przykrym obowiązkiem, jak większość “wiernych” postrzega dziś niedzielną eucharystię.

Najbardziej poruszył mnie moment przeistoczenia. W chwili, gdy celebrans podnosi hostię, a potem kielich z winem, by pokazać je wiernym, powietrze aż drży od napięcia. Czuć, że dzieje się... coś... Dwaj ministranci po obu stronach kapłana nawet unoszą mu płaty ornatu. Wygląda to tak, jakby niemal wstępował do nieba. Dotyka nieba, dotyka wielkiego misterium. Dotyka sacrum.

I wszystko jest na swoim miejscu. Mimo że widziałem tę celebrację pierwszy raz w życiu, to wiem, że była przygotowana perfekcyjnie. Spędziłem te 10 lat w Służbie Liturgicznej, byłem parafialnym mistrzem ceremonii, więc zdaje mi się, że wiem, co mówię. Było idealnie. Pięknie. Z mocą.

Nie mam pojęcia, czy zrezygnowanie z tej formy rytu rzymskiego podczas Soboru Watykańskiego II było dobrą czy złą decyzją dla Kk. W sensie zatrzymania wiernych, którzy coraz intensywniej go opuszczają. Z jednej strony mamy pokazywanie im boskiej potęgi, mocy, tajemnicy, mamy jasny i bardzo wyraźny podział na święte i przyziemne; z drugiej – otwartość, bliskość, wizję Boga wychodzącego na spotkanie człowiekowi. W jednym rycie czuję nacisk na ludzką kruchość i małość w porównaniu do Jahwe, w drugiej – na jego ojcowską miłość. Nie da się mieć obu na raz. A szkoda...

Czy wierzysz czy nie, i w cokolwiek tylko wierzysz, jeśli tylko masz okazję uczestniczyć w tej celebracji [link do listy miejsc] i choć trochę ciągnie Cię do spraw metafizycznych, to zdecydowanie polecam i zapraszam, żeby choć raz na nią zajrzeć. Dla mnie było to niezapomniane przeżycie.