My, ludzie, uwielbiamy uważać się za lepszych niż wszystko inne we wszechświecie. Za wybranych przez Boga. Znakiem tego wybraństwa ma być posiadanie przez nas “duszy”. My ją mamy, zwierzęta nie. Ergo: Bóg nas właśnie wybrał.

Genesis mówi, że Bóg stworzył człowieka, po czym tchnął w niego “tchnienie życia”, a następnie stworzył wszystkie zwierzęta i rośliny tylko dla niego. Teraz, gdy już wiemy, że Ziemia jest wiele rzędów wielkości starsza niż biblijne parę tysięcy lat, a człowiek pojawił się na niej w wyniku procesów ewolucyjnych i też jest zwierzęciem, teolodzy odeszli od dosłownego rozumienia Księgi Rodzaju. Teraz twierdzą, że człowiek, owszem, wyewoluował, ale w pewnym momencie Bóg tchnął w niego duszę, i to właśnie dlatego jesteśmy wybrani.

To wciąż zakłada zero-jedynkowość duszy. Jest albo jej nie ma, koniec dyskusji. Ale czy taka jest prawda?

Zdecydowana większość procesów odbywa się stopniowo. Samochód nie zmienia nagle prędkości z zera na sto km/h, lecz powoli przyśpiesza. Woda w czajniku nie skacze nagle do stanu wrzenia, lecz sukcesywnie się nagrzewa. Czemu dusza miałaby być inna?

Od razu mówię, że nie mam tutaj na celu wszczynania dyskusji na temat tego, czy dusza w ogóle istnieje. Bo czy traktować ją jako element świata duchowego, czy też wyłącznie jako iluzję wywołaną przez czysto fizyczne funkcje mózgu, żaden punkt widzenia nie przeszkadza w tej idei, o której chcę właśnie pisać.

Ad rem. Czyż traktowanie duszy, czymkolwiek by ona miała nie być, jako czegoś zero-jedynkowego, nie ogranicza naszego myślenia? Moim zdaniem gdyby spojrzeć na nią jak na “zmienną ciągłą”, rozszerza to nasze spojrzenie na świat, porządkuje parę rzeczy i uwalnia od wielu rozkmin filozoficznych.

Bo otóż... przeprowadzono wiele eksperymentów, z których wynika, że zwierzęta również mają świadomość, a nawet samoświadomość. Oczywiście nie w tym samym stopniu co człowiek, ale mają. Niektóre nawet rozpoznają jako siebie swoje odbicie w lustrze.

Zwierzęta mają pamięć, czasem potrafią liczyć w małym zakresie, dają się nauczyć prymitywnej wersji języka migowego. To świadczy o inteligencji. Owszem, niższej niż ludzkiej, ale przecież nie zerowej! Więc czemu w ten sposób nie rozumiemy duszy?

Zawsze gryzłem się z myślami, gdy słyszałem księdza czy katechetę mówiącego tonem nieznoszącym sprzeciwu, że “zwierzęta nie mają duszy, najwyżej instynkt”. A przecież sam widzę psy przywiązane do swoich właścicieli, okazujące uczucia, kochające na swój pieski sposób. Często nawet bardziej ludzkie od ludzi. Mam uznać to wszystko za ślepy instynkt, ale już podobne zachowania u ludzi za przejaw boskiej duszy? To mi się gryzie strasznie. Jest niespójną i po prostu brzydką wizją.

Z drugiej strony, przypominam sobie czasem dzieciństwo i myślę, jak bardzo innym człowiekiem wtedy byłem. Budda by powiedział, że “ja” jest płynne i w każdej chwili jesteśmy innym człowiekiem niż byliśmy. I myślę sobie, jaki to ja byłem głupi i niedojrzały kiedyś. Nieświadomy, nieogarniający rzeczywistości i pamiętający ją jak przez mgłę. Z czasem ukształtowało się (a raczej zaczęło kształtować) wszystko z czym teraz się utożsamiam - zarówno inteligencja, wiedza i umiejętności, jak i uczucia, wspomnienia, moralność, czyli to, co można by uznać za duszę. Wiem, że moja dziecięca dusza była zupełnie inna niż obecna, niejako “niedorobiona”. I bardzo zdumiała mnie myśl, że przecież zwierzęta mogą mieć podobnie!

Ileż to rzeczy poukładało mi się w głowie, gdy pomyślałem że świadomość zwierzęcia może być podobna do świadomości ludzkiego dziecka. O ile łatwiej zrozumieć zwierzęta, o ile łatwiej poukładać sobie wszechświat.

Wyrwanie pojęcia duszy z sideł zero-jedynkowości doprowadziło mnie do wielu różnych wniosków, które ciężko tu streścić. Na przykład do łagodniejszego podejścia do aborcji. Głównym argumentem przeciw niej jest “bo przecież to jest człowiek”. Nie. Przyroda tak nie działa. Podział na gatunki jest czysto umowny i niejednoznaczny. Ewolucja wciąż trwa, wszystkie podziały są niejasne i płynne. Świat nie jest czarno-biały, nie dzieli się na ludzi i nie-ludzi. Nie możemy ludzkiego życia traktować jak nienaruszalnej świętości, a każdym innym pomiatać. Skoro więc racjonalnie podchodzimy do zabijania zwierząt, z jednej strony akceptując jedzenie mięsa z hodowli, gdzie są one traktowane, no nazwijmy to: “humanitarnie”, lecz z drugiej nie godzimy się na okrucieństwo wobec nich i traktowanie przedmiotowo, to w takim razie czemu by w tej sposób nie spojrzeć na takie zagadnienia jak aborcja czy kara śmierci?

Innym wnioskiem są rozmyślania na temat przyszłości człowieka, a raczej gatunków, które po nim nastaną. Z szympansem dzielimy 99% DNA, a jednak jesteśmy aż tak różni. W tym jednym procencie mieści się cała cywilizacja, loty w kosmos, poezja, muzyka, moralność... Pomyślmy tylko, co będzie za kolejny 1%! Taki gatunek nie tylko przerośnie nas intelektualnie, a ich niemowlaki będą tworzyć symfonie i rozumieć fizykę kwantową jako coś jak najbardziej naturalnego i intuicyjnego, ale też pod względem duchowym rozwiną się jeszcze bardziej. Kto wie, czy nie będzie to gatunek mistyków, dla których naturalnym będzie w pełni dotykać Boga?