Eurowizja zawsze mnie wzrusza samym faktem swojego istnienia. To jest coś ogromnego! Wielkie widowisko jednoczące ludzi z kilkudziesięciu państw, święto muzyki, radości, pokoju i różnorodności. Setki tysięcy ludzi zjeżdżające się w jedno miejsce, miliony włączające telewizor, wszystko w jednym celu – by świetnie się bawić.

Jasne, nie wszystko jest takie kolorowe... W przepięknym węgierskim protest songu znalazło się odniesienie do cywili ginących w Strefie Gazy, przeciw czemu stanowczo protestował Izrael, twierdząc, że piosenki nie mogą przecież być polityczne. Doprawdy, w okrutnym świecie żyjemy, jeśli śmierć tysięcy niewinnych ludzi to tylko temat polityczny... No ale w Wiedniu oprawa wyglądała już zupełnie inaczej niż w preselekcjach, więc Izreal nie miał się już czego czepiać.

Z Rosją też było nieciekawie – piosenka Poliny była piękna, świetnie wykonana, lecz została przez publiczność wielokrotnie wybuczana ze względów właśnie politycznych (choć organizatorzy starali się to tuszować puszczając nagranie oklasków). Z jednej strony na bogu ducha winnej dziewczynie odbija się polityka kraju, w którym miała nieszczęście się urodzić, z drugiej jednak – do możnych tego kraju dociera jasny sygnał, jak są odbierani w Europie. Ostatecznie, jako że Polina zajęła drugie miejsce, upiekły się moim zdaniem dwie pieczenie na jednym ogniu – Europa pokazała, że sprzeciwia się działaniom Rosji, ale jednocześnie, że w konkursie muzycznym to muzyka jest najważniejsza. Idealnie! Swoją drogą, gdyby Rosja wskoczyła o miejsce wyżej, mogłyby być niemałe kłopoty z przyszłoroczą edycją, która powinna wtedy odbyć się właśnie tam – zachodnie bojkoty, rosyjskie aresztowania ludzi, którzy ośmieliliby się wwieźć tam tęczowe flagi (a na pewno by się ośmielili)... Więc dobrze się stało, że akurat drugie miejsce im przypadło.

A no właśnie, flagi. Przez całą imprezę, nieważne kto występuje, hala pełna jest przeróżnych flag, pokazujących jedność europejskich narodów. Ale podczas rosyjskiego występu w półfinale szczególnie widoczne były te tęczowe. Wręcz zmasowany atak. Ech, podoba mi się kierunek w którym zmierza nowoczesne radzenie sobie z konfliktami. W odpowiedzi na okropnie homofobiczne rosyjskie prawo, Zachód wyraża bierny opór i robi swoje. W odpowiedzi na agresję na Ukrainę, Zachód odpowiada nie przemocą, lecz politycznymi i ekonomicznymi sankcjami (które okazują się być zdecydowanie dotkliwsze). O właśnie w tę stronę chciałbym iść!

W ogóle to aż dziw, że Fronda tak mało bóldupczy na tę całą Eurowizję. Przecież to “homopropaganda” do kwadratu! Podczas występu Litwy miały miejsce trzy pocałunki: heterycki, gejowski i lesbijski (zupełnie niespodziewane, bo ani Litwa nie jest jakoś specjalnie tęczowa, ani sama ekipa do końca nie zdradzała swoich zamiarów – podczas prób paru homo tylko przybijały sobie piątki). Bojana z Serbii śpiewała “Finally I can say, yes I’m different, and it’s okey”. Występ Izraela aż kipiał od gejostwa i świetnie tańczących ciach. No a całość prowadziła cudowna Conchita. Jeszcze rok temu widać było po niej przerażenie, niepewność, jak zostanie odebrana. Teraz zmieniła się w prawdziwą damę, pewną siebie i olśniewającą...

I to jest piękne. Eurowizja ciepło przyjmuje wszystkich – homo czy hetero, zdrowych, na wózku czy z Zespołem Downa, szczupłych czy grubych, chrześcijan, muzułmanów czy niewierzących. Liczy się człowiek. Liczy się radość, zabawa, szczęście miłość, muzyka... Ach, gdyby tak było przez cały czas i na całym świecie...

Zwycięzca, Måns Zelmerlöw, odbierając statuetkę ujął to przesłanie w pięknym zdaniu: “No matter who we are, who we love or what we believe, we are all heroes”. Miałem przeczucie że wygra, gdy tylko pierwszy raz zobaczyłem jego wykonanie na Melodifestivalen. Jest po prostu fantastyczny. Przystojny, czarujący, ze świetnym głosem, wpadającą w ucho piosenką, z przesłaniem i oryginalnym pomysłem na show...

W moim prywatnym rankingu deptał mu po piętach Loïc Nottet z Belgii. No i był wysoko, choć szkoda że nie wyżej.

Ale najbardziej szkoda mi Ann Sophie... W krajowych preselekcjach była druga, ale koleś, który wygrał, uznał, że ma gdzieś głosowanie setek tysięcy fanów i nigdzie nie jedzie. Niezręczna sytuacja dla wszystkich dokoła, ale szczególnie dla niej. Natomiast w finale, mimo że była naprawdę świetna, nie zdobyła ani jednego punktu. W głosowaniach wielu krajów trafiała na jedenaste miejsce, tuż za punktowanymi. Chwała jej za to, że potrafiła podejść do tego z dystansem. Cóż, taka już jest Eurowizja, nie zawsze sprawiedliwa, ale naprawdę ciężko zorganizować lepszy system głosowania...

Motto Unii Europejskiej brzmi: In varietate concordiaJedność w różnorodności. A Eurowizja realizuje je w stu procentach. Zbliża do siebie narody, zbliża ludzi, głośno upomina się o równe prawa dla nich wszystkich.

A połowa Polaków ją ogląda. Oby wiele się z niej nauczyli!