Tytuł artykułu nawiązuje do myśli Johanna von Goethego, który powiedział:

Cud jest najukochańszym dzieckiem wiary.

Trudno nie przyznać mu racji. Cuda są nieocenione przy uzasadnianiu swojej wiary. Używa się ich jako swego rodzaju dowodu (choć nie można ich uznać za dowód naukowy, ale o tym potem).

Czy wierzę w cuda?

No cóż, zależy, co mieć na myśli mówiąc “cud”. Na pewno nie doszukuję się na siłę ingerencji boskiej gdzie tylko się da. Moje podejście ładnie obrazują wnioski płynące z wypowiedzi o. Griffina z sanktuarium w Lourdes [link]. Mówi on, że w dziejach tego miejsca udokumentowano 66 cudów. Brzmi imponująco, póki nie spojrzy się na to bliżej. Lourdes jest odwiedza każdego roku przez aż 80 tysięcy chorych pielgrzymów, od prawie półtora wieku, a to oznacza, że zgrubsza jakieś 0,0006% ludzi błagających Boga tam o uzdrowienie, dostąpiło go.

To tyle co nic. Porównywalne z szansą na to, że dana choroba sama przejdzie. Bo tylko takie choroby były “cudownie” leczone - takie które mają szanse same się cofnąć. Nigdy zaś na przykład nie odrastają ludziom kończyny...

Mówiąc “same” mam oczywiście na myśli to, że zostają zwalczone przez nasz własny system immunologiczny. Przez naszą największą broń w walce z drobnoustrojami. Przez naszą ewolucyjnie wykształconą barierę ochronną. Czasem wspartą przez czysty przypadek (losowy kontakt z odpowiednim antygenem) czy po prostu przez zdrowy tryb życia.

I oczywiście zawsze wspartą przez naukę. Przez całe wieki rozwoju medycyny i anatomii, przez lata nauki i doświadczenia lekarzy, dzięki którym długość i poziom naszego życia “cudownie” tak bardzo wzrosły.

Złość mnie bierze, gdy widzę ludzi wychwalających Boga za to, że pomyślnie przeszli jakąś operację, i krzyczących: “to cud!”... Nie! To nie cud. To medycyna. To wiedza. To nie Bóg ich uratował, lecz chirurdzy. Jeśli naprawdę wierzą, że lekarze nie mieli wiele do gadania w tej sprawie, to czemu nie wyjmą z żył kroplówki i nie pozwolą, aby to Duch Święty podtrzymywał ich życie? Tym bardziej denerwują mnie ludzie, którzy cudów doszukują się w rzeczach błahych. Jak sport. Piłkarz ostentacyjnie padający na kolana i dziękujący Bogu za udany strzał wygląda komicznie i pozersko. Musi wierzyć w strasznie małego boga, skoro miałby on zajmować się takimi głupotami, a na dodatek wybierać jeszcze, której drużynie kibicuje. Nie, to nie cud. Ten gol to umiejętności, zgranie drużyny, szczęście, przypadek...

Jan Paweł II często mówił, że podczas zamachu na jego życie wprawdzie zamachowiec strzelał, ale to Matka Boska Fatimska prowadziła kulę. Cud? Cóż, złośliwi mogą powiedzieć, że skoro prowadziła, to czemu nie raczyła przesunąć jej pół metra dalej, by papieżowi nic się nie stało, a zamiast tego jedynie o włos minęła serce... Mogą też spytać, skąd papież wie, że była to akurat Pani Fatimska? Czyżby Częstochowska, Licheńska i Guadelupeńska miały wtedy co innego na głowie?

Matematyczne spojrzenie na świat sprawia, że irytuje mnie również nierozumienie prawdopodobieństw. Niektórzy ludzie nazywają cudem takie zjawiska jak wygrana w toto lotka, urodzenie pięcioraczków albo nawet trafienie na wyjątkowo piękny zachód słońca... Nawet jeśli szanse takich zdarzeń wydają się nam bardzo bardzo małe, to racja - wydają nam się... One dzieją się cały czas! Uważanie ich za cud jest wyrazem braku perspektywy i zrozumienia, jak wiele rzeczy na świecie istnieje! Te malutkie liczby stają się całkiem spore, jeśli tylko porównamy je z liczbą wszystkich rzeczy! Więc nie ma absolutnie żadnego powodu, by doszukiwać się relacji przyczynowo-skutkowej pomiędzy Bogiem a tym zdarzeniem, bo jest ono najzupełniej normalne!

Więc co jeszcze jest nazywane cudem? No choćby cuda Jezusa. Moim skromnym zdaniem, jeżeli Jezus byłby Bogiem, to wręcz wstydziłby się wykonywać takie cyrkowe sztuczki jak z pokazów magicznych. Wszechpotężny Bóg miałby szukać poklasku tłumu za pomocą show chodzenia po wodzie? Czyż to by nie umniejszało Absolutowi? Zresztą, żaden z jego cudów nie ma potwierdzenia. Nie został zbadany ani dowiedziony, no chyba że liczyć za dowód pewną rojącą się od błędów i przeinaczeń kopistów książkę będącą przedrukiem tłumaczenia kopii tłumaczenia kopii kopii kopii (...) opowieści jego uczniów, którą zresztą w większości perfidnie zgapili z innych historyjek popularnych w antycznym świecie [link]. Niektórzy za dowód cudu zmartwychwstania uznają Całun Turyński, jako odbicie energii, która “wypromieniowała” z Jezusa, gdy zmartwychwstawał. Niestety już wielokrotnie i jednoznacznie udowodniono że Całun ten jest fałszerstwem [link] (ba, nawet sam Kościół katolicki już w średniowieczu odkrył ten fakt, odnalazł fałszerza i zakazał publicznego wystawiania Całunu). Nie, człowiek racjonalny nie może wierzyć w coś bez dowodu.

Cud jest definiowany jako “zjawisko niewyjaśnione, które przypisuje się Bogu”. Hmm.. to taki bóg-zapchajdziura, czyż nie? Nie wiem, ergo Bóg... Cóż, zdecydowanie wolę: nie wiem ergo szukam odpowiedzi. Nauka szuka i znajduje. Znalazła już rozwiązania tak wielu nurtujących ludzkość problemów, że głupotą byłoby zakładać, że nie poradzi sobie z kolejnymi. Nawet jeśli teraz nie potrafimy czegoś racjonalnie, naturalistycznie wytłumaczyć, nie oznacza to, że już wkrótce nie będziemy potrafili, więc nie ma żadnego powodu, by wciskać w te zjawiska Siłę Wyższą. Z faktu niewiedzy nie wynika wiedza o Bogu. Nie ma logicznej zależności. Dlatego z naukowego punktu widzenia “cuda” to wyzwania, a nie dowody na słuszność takiej czy innej wiary.

W co zatem wierzę? W tej kwestii oddam głos Christopherowi Hitchensowi:

Cudem jest to, że cudów nie ma.

Ten paradoks jest piękny. Natura jest piękna w swej naturalnej wersji. Wszystko jest w niej cudowne. Jest harmonijna, wszystko pasuje do reszty, wszystko zmierza ku wyjaśnieniu. Prawa fizyki dlatego są prawami, że nigdy nie zaobserwowano ich złamania. We wszechświecie zachwycające jest to, że wystarczyło raz go puścić w ruch (nie wnikam na razie, kto lub co to spowodowało), by bez żadnej ingerencji mógł w pełnej harmonii wyewoluować do dzisiejszej postaci, włącznie z nami samymi - atomami, które poznają same siebie.

Bóg, który uciekałby się do cudów, byłby zwyczajnie brzydką ideą. Tak jak “doskonały” programista, który napisał “doskonały” kod, skompilował go, uruchomił... a teraz siedzi i ręcznie podmienia bity w pamięci, bo jednak coś jest do poprawienia...

I to w jakim celu by się do nich uciekał? Żeby połechtać swą dumę świadomością, że tłumek niepiśmiennych starożytnych wieśniaków w niego uwierzył? Czy to jest boskie zachowanie? A może to dla dobra ich samych, żeby ta wiara ich zbawiła? Skoro tak, to czemu ta wiara jest niby konieczna do zbawienia? Nie wystarczy być dobrym człowiekiem? Może po to jest konieczna, żeby móc połechtać swą dumę?

Wierzę w to, że całe życie jest cudem. Jest cudowne. Nie ze względu na to, co w nim nadnaturalne (bo nic takiego w nim nie ma), ale właśnie przez to, co naturalne, rzeczywiste, przez to czym jest ono w istocie. Wszechświat jest ogromny i przytłaczający naszą małość. Życie jest fascynujące, jest wielkim darem (a czy od Boga, czy od “losu”, czy czegokolwiek, to już mniej istotne). Udana operacja jest cudem w sensie swej zajebistości i potęgi medycyny, ale na pewno nie jest cudem w sensie niewyjaśnialnego zjawiska.

Życie jest niewyobrażalnie nieprawdopodobne, a jednak się zdarzyło. Statystyka nie daje nam żadnych szans, a jednak istniejemy, oddychamy, czujemy, kochamy...

I to jest cudem.