Najokropniejsza opowieść biblijna

Biblia aż kipi od fragmentów tak okrutnych i nieludzkich, że nic dziwnego, iż przeważnie są one pomijane w kazaniach. Ale dziś nie o nich. Boski nakaz wymordowania Amalekitów czy przepisy dotyczące kamienowania za cudzołóstwo to pikuś w porówaniu do tej jednej histori. Jest taka straszna właśnie dlatego, że tyle się o niej mówi. Dobrze się mówi.

Pozostałe są wstydliwe, haniebne, niepasujące do ugłaskanej wizji miłości z Nowego Testamentu. A ta jedna o dziwo nie. Tej uczy się dzieci. Ta ma ponoć zawierać wzorzec moralności i przykład do naśladowania.

Abraham zamierzał zabić własnego syna. Był psychopatą, który uwierzył głosom w swojej głowie na tyle, by podnieść rękę na swoje dziecko. Jakim cudem ktokolwiek może to widzieć jako pozytywną historię?

Tak tak, Bóg tylko wystawiał go na próbę. Ostatecznie przecież uchronił Izaaka przed śmiercią i zrezygnował ze swojego żądania krwawej ofiary, no nie? No tak, ale czy naprawdę to tak wiele zmienia? Abraham zdążył już pokazać swój system wartości – nic dla niego nie znaczy ludzkie życie (ba, życie własnego syna!) w obliczu prośby Boga. Jakkolwiek by ta prośba nie była absurdalna, narcystyczna, okrutna i krwiożercza.

Co przeżywał jego syn? Czekał sobie spokojnie na śmierć, przywiązany do stosu drewna? Patrzył ze zrozumieniem, jak jego własny ojciec, człowiek, któremu zapewne ufał najmocniej na świecie i uznawał za największy autorytet, bez słowa wyjaśnienia wyciąga nad nim sztylet, by wbić mu go w pierś? Cóż, ja chyba jednak obstwiałbym raczej głęboką traumę do końca życia. Ale co ja tam wiem o ludziach. Skoro przeżył, to nic mu się nie stało, no nie? Więc w czym problem?

Historia Abrahama i Izaaka ma nauczyć wiernych jednego: ślepego posłuszeństwa. Nie miłości, nie współczucia, nie rozsądku, nie dobroci ani miłosierdzia. Ma wbić do głowy, że nakaz religijny jest zawsze ważniejszy od... cóż, od właściwie czegokolwiek innego. Wiara wcale nie daje nam sumienia. Ba, wręcz przeciwnie – nie ma miejsca na sumienie, gdy w grę wchodzi religijny nakaz. Akcja – reakcja. Każą – robię.

A gdyby Abraham odpowiewiedział Bogu to, co powinien każdy człowiek posiadający choć odrobinę współczucia dla bliźnich? “Pierdol się, zwyrodnialcu! Nie będę nikogo zabijał dla twojej chorej przyjemności z otrzymania ofiary. Co z ciebie za bóg, skoro każesz mi robić takie okropieństwa? Już raczej jesteś Szatanem podszywającym się pod Boga, bo ktoś dobry nigdy by czegoś takiego ode mnie nie wymagał.”

I to jest wzorzec moralny za którym chcę podążać. Robić to co słuszne, nieważne co każą. Wzorzec religijny natomiast, to: robić co każą, nieważne co jest słuszne. Ile cierpienia w historii ludzkości można by uniknąć, gdyby nie ta nieludzka hierarchia wartości?

Spytałem kiedyś mamę, co by zrobiła, gdyby otrzymała od Boga taki nakaz jak Abraham. Mogłem nie pytać. Do dziś nie otrzymałem odpowiedzi...